Teraz jest 23 sty 2022, 00:25


Napisz wątekOdpowiedz Strona 110 z 120   [ Posty: 1194 ]
Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 107, 108, 109, 110, 111, 112, 113 ... 120  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 07 sie 2013, 21:52 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
Tak z ciekawości luki, tworzysz coś jeszcze? :D

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 08 sie 2013, 14:53 
Adept analogów
Adept analogów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 22 lip 2012, 20:10
Posty: 174
Mam coś w planach, ale to nic pewnego. Jeżeli lubisz Thane'a może Ci się spodoba kolejne opowiadanie (jeżeli powstanie, bo mam już w głowie ogólny zarys).


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 31 sie 2013, 02:04 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
SIŁA WIARY

Małe streszczenie dla tych, którzy nie czytali poprzednich odcinków (zachęcam gorąco do przejrzenia ich. Ładnie skupione są w linkach w moim podpisie) i tych, którzy co nieco już zapomnieli :) :
Od początku inwazji Żniwiarzy z czasu ME 3 minęło kilka dni. Grupa zupełnie przypadkowych ludzi, w tym Michael Young - jeden z dwóch głównych bohaterów mojego opowiadania - trafia do lasów w okolicach Vancouver w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Podczas wyprawy po policyjne radio do okolicznego miasteczka natykają się na mały oddział admirała Andersona, przyszłego przywódcy ruchu oporu oraz mentora komandora Sheparda. Po zwycięskiej potyczce z oddziałem Żniwiarzy grupy łączą się w nadziei na przetrwanie wojny.

ODCINEK X

Czwarty dzień po inwazji, 2186, lasy w okolicach Vancouver.

Obóz urządzony w przedwojennym ośrodku myśliwskim nie prezentował się okazale. Po dotarciu na miejsce, do którego oddział doprowadziło trzech nowych ludzi, głównodowodzący - Anderson - wydał rozkaz umocnienia tego miejsca i przygotowania go na kilka dni pobytu grupy. Okolica była gęsto zalesiona i odizolowana, co nie oznaczało, że można pozwolić sobie na pełne odprężenie. Była to jednak dobra lokalizacja, aby odsapnąć, zaczerpnąć sił i pomyśleć nad kolejnymi posunięciami. W tym momencie, wkoło dwóch zarośniętych roślinnością, zaniedbanych budynków stacjonowało około dwunastu żołnierzy i dwadzieścia osób cywilnych. W tej chwili po prostu trudno było odróżnić jednych od drugich. Bo czy ktoś, kto raz w życiu trzymał broń i zabił wroga jest już żołnierzem? W każdym razie, ci drudzy byli zupełnie bezbronni, a uzbrojenie grupy "militarnej" pozostawiało wiele do życzenia. Jakby tego było mało, pochłaniacze ciepła kończyły się, a medi-żelu nie było już wcale. Grobowy nastrój poprawiał nieco fakt, że zaparkowany w pobliżu pojazd Mako wciąż działał bez zarzutu. Ludzie byli głodni, zmęczeni i brudni. Zapasy wody i żywności topniały, ale rozsądne gospodarowanie nimi umożliwiłoby przetrwanie tak licznej grupy przez około dwa tygodnie, jak wyliczył kwatermistrz. Wydzielał on zatem porcje niewielkie, które nie podobały się przyzwyczajonym do zdecydowanie większej ilości jedzenia osobom. Ci na szczęście zostawiali te opinie dla siebie, ponieważ zaczynali rozumieć ogrom aktualnych wydarzeń. Obok grupy kilku cywili spożywających coś, co z racji pory można by nazwać kolacją, przechodziło właśnie dwóch marines, których dwa dni wcześniej wysłano na zwiad. Zanim ich grupa wyruszyła, z oddziałem nie było jeszcze cywili.

- Co mu jest? - spytał żołnierz w średnim wieku, wycierając wilgotną szmatką czoło pokryte zaschniętym błotem.
- Temu tam? - odrzekł jego towarzysz, wskazując skinięciem głową siedzącego pod drzewem młodego mężczyznę o czarnych włosach. - Załamał się pewnie, tak jak Russell i Pete z naszej drużyny. Oni zapłacili za to życiem, a on może się wypłakać. Farciarz pieprzony. I to takiej ślicznotce, ho, ho. - Żołnierz zagwizdał z zachwytem. Dodał głośno: - Takiej to i ja bym się wypłakał.

Żołnierze poszli dalej, a kobieta, szczupła brunetka o azjatyckich rysach, nachyliła się nad siedzącym na ziemi młodym mężczyzną.
- Michael, nie możesz się tak zadręczać... To się zdarza. Nie każdy może być bohaterem i nie zawsze.
- Przecież to moja wina. Jak mam tak po prostu to zaakceptować? - Young uniósł głowę, a Emily dostrzegła ślady łez, które chwilę wcześniej musiał sobie starannie wytrzeć, chcąc zamaskować płacz.
- Taka jest wojna... Wcześniej ocaliłeś mi życie, w Vancouver. Jestem ci za to bardzo wdzięczna. Tym razem się nie udało, ale nie załamuj się. Partyzantce przyda się ktoś o twoich umiejętnościach.
- Umiejętnościach? - Michael prychnął, a jego głos łamał się. - Na co im ktoś, kto nie umie strzelać...

***


Dzień wcześniej.

Po akcji w zniszczonym miasteczku z posterunkiem policji, Michael Young, Walter Clemence i jego brat - Henry - zaprowadzili oddział admirała Andersona do ośrodka myśliwskiego, w którym zdobyli starą broń. Na miejscu, zgodnie z oczekiwaniami, zastali Emily Wong, Roberta i małego Maxa, którzy już zaczynali się cieszyć, że są uratowani, ale miny szybko im zrzedły, kiedy zrozumieli, że nawet grupa uzbrojonych po zęby i wytrenowanych marine wygląda teraz na wycieńczonych i przerażonych. Żołnierze posłużyli się posterunkową radiostacją, usiłując zasilać ją omni-kluczami. Urządzenia nie były do końca kompatybilne, ale w oddziale było dwóch wykwalifikowanych inżynierów i zdołali nawiązać łączność z drugą drużyną. Wydatnie pomógł im RR, którego umiejętności techniczne, jak się okazało, nie ograniczały się do obsługi kamery. Druga grupa przybyła wkrótce potem wraz z kilkoma ocalałymi z rzezi cywilami.

Dopiero teraz Michael mógł przyjrzeć się nowym towarzyszom nieco bliżej. Na czele grupy stał admirał Anderson, człowiek-legenda w Przymierzu, pierwszy absolwent programu N7, który skupiał najlepszych z najlepszych. Wraz z nim przybyło sześcioro ludzi, w tym jeden, który odniósł ranę postrzałową podczas walki o posterunek policji. Krwawienie zostało zatamowane, ale nadeszła ostra gorączka, dreszcze i piekielnie silny ból. Towarzysze wykorzystali dwie ostatnie dawki medi-żelu, aby ulżyć koledze. Było to jednak lekkomyślne, ponieważ ta substancja tylko hamowała pogorszenie stanu zdrowia, chwilowo gojąc ranę. Na dłuższą metę potrzebny był lekarz, medyk, którego z nimi nie było. Oddział Andersona to niedobitki z Vancouver. Trzech z nich przeżyło rozbicie się promu podczas ewakuacji miasta. Kolejna trójka po prostu była w pobliżu, kiedy admirał skupiał do siebie ludzi. Było ich więcej, ale tylko tylu przeżyło. Pech chciał, że poza jednym, na którego Anderson wołał Taran, nie mieli oni poważnego doświadczenia bojowego. Taran był weteranem konfliktu z gethami i uczestniczył w kilku operacjach podczas walk ze zbuntowanym widmem - Sarenem. Z grupy wyróżniała się kobieta - Debrah, szeregowiec.

Anderson potrzebował ludzi, którzy nie pękają pod ciśnieniem. Był świadkiem akcji Younga, którego wspierali Henry i Walter. Teraz dołączył do nich Robert - operator London Daily. Admirał zaprosił ich wszystkich na stronę. Nie było jeszcze żadnego centrum dowodzenia, ponieważ oba budynki były sprawdzane przez jego podopiecznych.
- Dopiero teraz jest szansa wam podziękować. Naprawdę doceniam to, co zrobiliście. Bez waszej pomocy ta dwójka mogłaby już nie żyć. - Zasępił się. - Tak czy inaczej nasz ranny najwyraźniej dostał jakiegoś zakażenia, a my nie mamy medi-żelu ani nawet prostych opatrunków.

Stojąca przed nim czwórka mężczyzn domyślała się, że zaraz zostaną zrekrutowani. Nie wyglądali na żaden oddział. Jeśli już, to specjalnej troski. Jedyny, który miał postawę nieco przypominającą żołnierza był Young. Henry i Walter byli facetami z brzuszkiem, w wieku po pięćdziesiąt lat. Walter był czerwony od wódki, którą uspokajał skołatane życiem nerwy - od rozwodu z żoną, jak mówił. Podczas przemowy Andersona próbował usilnie powstrzymać czkawkę. Henry to policjant, który dobijał do emerytury i rzadko wstawał zza biurka, zajmując się dokumentacją. Nigdy nie wyróżnił się niczym szczególnym. Zwykle pomagał kierować ruchem w miasteczku, którego zagładę widział. Ostatni w tej grupce był RR, który był mistrzem obsługi wszelkiego rodzaju sprzętu nagrywającego, ale na sam widok broni palnej krzywił się. Ta czwórka właśnie wstępowała do oddziału wybitnego admirała Przymierza.

- Potrzebuję was. Nikogo innego nie mam... - Anderson spojrzał w dół, rozmyślając ilu ludzi bez żadnego przeszkolenia wojskowego jest teraz zmuszonych walczyć o przetrwanie na całym świecie, na wielu światach... Myśl o nieuniknionych stratach wśród takich ludzi sprawiała, że zasępił się jeszcze mocniej. - Uzupełnicie nasz skład. Będzie nas dziesiątka, czyli mamy dwie piątki. Na czele jednej będę ja. Ze mną będzie tych trzech, których imion nie jestem w stanie spamiętać i... - Popatrzył na nich, chcąc wybrać drużyny tak, by składy jak najlepiej się równoważyły. W końcu odezwał się do braci, Waltera i Henryego: - Was dwóch. Ty, snajperze, i twój kolega z dredami pójdziecie do składu Tarana, Debry i Rudego.
- To znaczy, że idziemy na jakąś akcję? - spytał Henry. - Przecież ledwo co uszliśmy z życiem.
- Nasz ranny może nie przeżyć, jeśli nie zdobędziemy medi-żelu, antybiotyków, a najlepiej wykwalifikowanego lekarza. Ruszamy właśnie po to. Jeden z oddziałów, z którymi urwał nam się kontakt raportował, że po drugiej stronie miasteczka, w którym byliśmy, jest szpital. Tam możemy znaleźć to, czego nam trzeba. Postaramy się też poszukać ocalałych.

Robert przysłuchiwał się rozmowie z coraz większym niedowierzaniem. W końcu odezwał się, a jego słowa zdziwiły Younga.
- Ruszajmy, koledzy. Nie uratujemy Aarona bez tych leków.
- Aarona? - spytał Walter, marszcząc brwi z zaskoczenia.
- Wszyscy o nim mówicie, a imienia nie wymieniliście ani razu. Aaron, ten kolo, co kulkę dostał. Nawet Wszechmocny nie da rady ocalić go bez naszej pomocy. - RR spojrzał na lekkie pistolety leżące na stole przed jednym z budynków. - A ja, ze wsparciem Jah, nauczę się z tego strzelać.

Grupa szykowała się w pośpiechu. Chcieli zdążyć przed zachodem słońca, tak czuliby się pewniej. Brali tylko broń i kilka pochłaniaczy ciepła.

.


Dwie piątki szły w odległości kilkudziesięciu metrów, takiej, aby w razie potrzeby mieć jakiś kontakt głosowy, ponieważ ten wzrokowy był niemożliwy z powodu gęstego zalesienia. Oddział z Andersonem i braćmi Clemence zajmował lewą flankę. Admirał prowadził ich na podstawie mapy miasteczka, którą jego oddział zdobył na posterunku. Prawą flanką szli RR, Young oraz trójka żołnierzy. Najbardziej rozmownym był wielkolud o przezwisku Taran. Jako doświadczony żołnierz, miał prowadzić grupę. Tylko jego z całej gromady Anderson znał, a raczej kojarzył przed inwazją, a i to przelotnie. Nigdy nie brali udziału w jednej misji, po prostu mijali się raz czy dwa. Greg, bo tak miał na imię, był potężnie zbudowanym mężczyzną w średnim wieku, którego pasją od najmłodszych lat było wojsko. Podczas marszu rozmawiał po cichu z Michaelem.
- Pewnie chcesz wiedzieć z kim los cię zetknął, co? - zagadnął.
- Nie wiem, czy mamy na to czas - odpowiedział Young. - Powinniśmy być na skraju lasu za kilka minut. Admirał mówił, że wyjdziemy tuż przy szpitalu.

Taran zasępił się. Usłyszał - szpital, pomyśał - medi-żel. Prawie w ogóle nie znał marine, który został ranny na posterunku, ale strata członka oddziału zawsze go bolała. Greg nie miał rodziny, był wychowankiem domu dziecka, więc Przymierze zastępowało mu dom, a inni żołnierze - braci i siostry.
- Tak... Musimy zdobyć leki - mówił ze spuszczoną głową. Po chwili jednak podniósł wzrok i skierował oczy w stronę żołnierza o rudych włosach, próbując wrócić do poprzedniego tematu. - To jest Rudy. W sumie go nie znam, ale nie pęka pod presją. Znaleźliśmy go w rozbitym promie. Ocalał jako jedyny. Mało mówi, celnie strzela. Niepozornie wygląda, ale twardziel z niego.

Young spojrzał w stronę Rudego. Kilkudniowy zarost znaczył jego ponurą twarz. Kąciki ust chyliły się wyraźnie ku dołowi, sprawiając, że ten człowiek sprawiał wrażenie totalnego ponuraka. A może i taki nie był, ale kto by się uśmiechał po stracie całego oddziału? Przed nimi szła drobna brunetka z lekkim pistoletem w prawej dłoni.
- A to jest nasza księżniczka, Debrah. Tylko szeregowa, ale, trzymaj mnie za słowo, już niedługo. Jest niesamowita i czujna jak kocica.
Młody dziennikarz London Daily spojrzał na kobietę, nie wyglądała na twardego żołnierza. Taran dostrzegł dość lekceważące parsknięcie swojego rozmówcy.
- Biotyka. Mówi ci to coś? - spytał, uśmiechając się charakterystycznie, tylko jedną stroną twarzy, lewą. Kącik jego ust doszedł z tej strony niemal do ucha. - Ta babka ma takie pierd... znaczy się taką siłę, że jak zobaczyłem ją w akcji pierwszy raz, to szczena mi opadła.
- Ja jeszcze nigdy nie widziałem biotyka w akcji - odpowiedział Young.
- Hm... - Taran podrapał się po głowie. - W sumie nie wiem, czy powinienem ci tego życzyć. To by oznaczało kłopoty.

Rudy szedł nieco z boku, osłaniając ich prawą flankę. Debrah była na przedzie, obok niej próbował iść RR, chciał porozmawiać, ale zbywała go. Grupa doszła do krańca lasu.

.


Taran wyjrzał zza ostatniego z drzew. Około stu metrów od nich byli ludzie Andersona i sam admirał. W podobnej odległości, ale wprzód od nich, znajdował się szpital. Drużyna Grega nie widziała zbyt wiele, ich widoczność ograniczał spory magazyn, ale Taran dogadał się z Andersonem na migi.
- Dobra, słuchajcie - zaczął. - Oni wszystko widzą. Za magazynem jest spory parking, roi się na nim od zombiaków, ale wygląda na to, że są tylko one. Nie ma tych ustrojstw z bronią palną. W szpitalu powinny być zapasy leków, medi-żelu, a może nawet ktoś tam ocalał. Widzisz tę wieżę, Young? - wskazał na prawo.

Okazało się, że szpital miał też ogrodzone skrzydło, w którym leczono skazańców z pobliskiego więzienia. Nad tą dobudówką unosiła się wieża strażnicza o wysokości około trzydziestu metrów.
- Wejdziesz tam po cichu, snajperze, i będziesz nas osłaniał. Przy odrobinie szczęścia znajdziesz tam jakąś snajperkę. W takich miejscach zwykle jest jakaś szafka z bronią, a z czego mają korzystać strażnicy na wieży jak nie ze snajpery? Masz pięć minut. Potem ruszamy, okrążając magazyn i oskrzydlając zombiaki, na które uderzy Anderson ze swoją grupą. Powinniśmy ich złapać w kleszcze i roznieść bez problemu. Admirał pokazał też coś, co nie do końca załapałem. Zdaje się, że jest tam jakaś barykada, czy coś. Może ktoś faktycznie przeżył w szpitalu. Dobra, ruszaj już, Young.

Michael ruszył zgodnie z rozkazem, poruszając się możliwie bezszelestnie podbiegł do ściany magazynu. Kiedy wyjrzał zza rogu, widział niewiele, ale wieża była na swoim miejscu. Dostał się na teren skrzydła więziennego przez zniszczone ogrodzenie i bez problemu dotarł do drabinki u podnóża konstrukcji. Wspinał się mozolnie, ale szybko. Gdy dotarł na szczyt, błyskawicznie ogarnął wzrokiem małe pomieszczenie. Niemal krzyknął z zachwytu, kiedy w otwartej szafce zobaczył karabin snajperski Modliszka i zapas pochłaniaczy ciepła. Zgarnął amunicję do swojego plecaka, i zajął stanowisko. Stąd widział wszystko jak na dłoni. Na parkingu, wypełnionym mniej więcej w jednej trzeciej, stało około dwudziestu aut, a między nimi kilkanaście zombie. Przy wejściu do szpitalnego podziemia faktycznie było coś, co wyglądało na barykadę. Michaelowi zdawało się, że ktoś stamtąd wygląda i patrzy w jego stronę, jednak gdy zbliżył oko do lunety Modliszki, nie widział już nic.

Young usłyszał pierwsze strzały. Ludzie Andersona wkraczali właśnie na parking. Walter i Henry przykucnęli za pierwszymi autami i strzelali do wroga. Zombie zorientowały się, co jest grane i ruszyły do ataku. Kątem oka Michael dostrzegł, że Taran, RR, Debrah i Rudy właśnie rozpoczęli oskrzydlanie zombie. Wtedy stało się coś, czego nie przewidzieli. Ze szpitalnej piwnicy wyjrzał człowiek, uchylając lekko deski, którymi miejsce było zabite. Wtedy z magazynu wybiegło kilkanaście kanibali, zmutowanych batarian. Byli uzbrojeni i stanowili gigantyczne zagrożenie, ponieważ znaleźli się na tyłach grupy Tarana. Michael zobaczył, że grupa zombie skierowała się w stronę piwnicy. Musiał otworzyć ogień, a miał aż trzy opcje. Wsparcie Andersona, osłanianie tyłów Tarana i ochrona człowieka z piwnicy. jego umysł szybko analizował możliwości. Admirał i jego grupa ma dobre zasłony, poradzą sobie, natomiast Taran jest zupełnie odsłonięty na atak kanibali. W piwnicy natomiast może być cała grupa ludzi, a wtargnięcie tam zombie oznacza rzeź. Young nigdy nie działał pod takim stresem, podjął decyzję.

.


Debrah usłyszała dwa strzały za swoimi plecami, kiedy właśnie mieli ruszać w stronę grupy zombie. W pierwszej chwili pomyślała, że członek jej oddziału z wieży, którego znała jako "Snajpera", oszalał i strzela do nich, ale obejrzała się i zobaczyła grupę kanibali szturmujących ich pozycje. Wtedy zrozumiała, co się dzieje. Serią krzyków oznajmiła Taranowi sytuację. Drużyna rzuciła się za dwa auta i otworzyła ogień do napastników. Kule świszczały z obu stron. Debrah skupiła się i uniosła w górę trzech wrogów, używając biotycznego podniesienia. RR i Rudy strzelali do bezwładnie unoszących się przeciwników, zabijając ich. Biotyczka zorientowała się, że "Snajper" nie wspomaga ich już ogniem. Zamiast tego skupił się na strzelaniu do zombie, które biegły w stronę szpitala. Debrah była wściekła, ale musiała walczyć dalej. Jej grupa była przyszpilona.

- Jasna cholera! - krzyczała. - Co jest z tym przeklętym snajperem?!
- Nie mam pojęcia! - jeszcze głośniej odpowiadał Taran. - Biorę dwóch po lewej!
Greg wychylił się i przeskoczył do przodu, za kolejny samochód, bliżej wroga. Był na tyle blisko, że mógł zmienić pistolet na swoją ulubioną broń - strzelbę. Wstał, jakby nie bojąc się kul. RR zobaczył ten sam dziwny uśmiech, który gościł na twarzy wielkoluda podczas rozmowy z Youngiem. Jej lewa połowa uśmiechnęła się, a Taran otworzył morderczy ogień, zabijając dwóch przeciwników. Wtedy na odciecz przybyli im Anderson, Walter i Henry. Stracili dwóch kompanów, którzy zostali zabici przez zombie, pozbawieni spodziewanego wsparcia z wieży. Sytuacja wydawała się być opanowana, ale grupa zwróciła swój wzrok na wieżę i swojego snajpera. Nie przestawał strzelać, a oni nie mieli pojęcia dlaczego.
- Tam muszą być ludzie! - krzyknął dowódca. - Biegiem, w stronę szpitala.

.


Cała siódemka ruszyła przez parking. Strzały z wieży wciąż nie ustawały. Po kilkunastu metrach biegu dostrzegli kilka zombie, które właśnie wbiegały do piwnicy. Prowadził ich grasant, bo tak nazywano przerobionych przez Żniwiarzy turian. Anderson machnął ręką w stronę Younga, aby zdjął lidera. Michael widział to i celował przez kilka sekund. Starał się uspokoić oddech, ale jego serce biło jak szalone, a ręce drżały. Zabił już kilku wrogów, zużywając do tego znacznie większą liczbę pocisków niż powinien. Teraz przyłożył policzek do kolby Modliszki, skupił wzrok na grasancie widzianym w lunecie, wstrzymał oddech i strzelił.

Spudłował.

.


Zombie, osłaniane przez grasanta, wbiegły do piwnicy. Debrah użyła biotycznego odkształcenia, aby zniszczyć nieduże auto, za którym skrył się turianin-mutant. Taran ruszył sprintem, przyjął na swój pancerz dwa strzały wroga, ale tarcze ochroniły go. Skupił na sobie uwagę przeciwnika, a w tym czasie Rudy i RR zaszli go z boków i zabili w krzyżowym ogniu. Bez chwili zwłoki, cała siódemka wbiegła do wnętrza i zlikwidowała zombie.

W środku znaleźli trzy ciała, w tym człowieka, którego Young widział z wieży, ale wtedy sam nie był tego pewien. Cała trójka zginęła dosłownie przed chwilą z rąk zombie.
- Gdyby trafił... - powiedziała Debrah przez zaciśnięte usta. - Gdyby go zdjął, kiedy miał szansę...
- Debrah...- przerwał jej Anderson. - Sprawdź, czy nie ma tu innych ocalałych.
W tym momencie drzwi z boku podziemnego pomieszczenia otworzyły się, a ze środka wyszła grupa ludzi. Jeden z nich podszedł do leżącego na ziemi trupa.
- Peter... Na Boga.... Dlaczego? - powiedział, padając na kolana i łkając.
Z grupki kilku ocalałych wyszedł szczupły, wysoki mężczyzna koło siedemdziesiątki. Za paskiem miał pistolet, a ubrany był w lekarski fartuch. Podszedł do nieznajomych i powiedział:
- Kim jesteście? Co tu robicie? Czy już wszystko dobrze? Ten koszmar się skończył?
- Spokojnie - odpowiedział Anderson. - Nie ma ich już w pobliżu. Jak liczna jest wasza grupa? Kim jesteś?
- Kilkanaście osób. Ja jestem ordynatorem tego szpitala. Mówisz, że nie ma ich w pobliżu? To znaczy, że gdzieś jeszcze są? Zamknęliśmy się tu pierwszego dnia... Od tej pory czekamy na ratunek. Myśleliśmy, że skoro jesteście, to już wszystko będzie dobrze... - Staruszkowi załamywał się głos. - Co... Co się w ogóle dzieje?

Grupa Andersona przeszukiwała piwnicę, licząc na znalezienie leków. Udało się zdobyć antybiotyki, wiele bandaży i sporo innych rzeczy, ale... nie było medi-żelu.
- Ech... - westchnął Taran. - Wiedziałem, że tak to się może skończyć...
- Musieliśmy spróbować - powiedziała Debrah. - Wiedzieliśmy, że szanse są małe. Medi-żel jest na wyposażeniu wojska, ale mało który szpital go stosuje. Jest po prostu za drogi...
Grupa ludzi zebrała ciała trzech swoich towarzyszy w jedno miejsce i przykryła kocami. Okazało się, że byli oni wartownikami, którzy pilnowali wejścia do piwnicy. Pech chciał, że w momencie całego zamieszania nadeszła ich kolej. Grupa szykowała się do do wyjścia.
- Zgarnęliście zapasy z całego szpitala? - Anderson spytał ordynatora.
- Tak, ale czemu pytasz? Wybieramy się gdzieś? Nie odpowiedziałeś, co tu się dzieje.
- Zabierzemy was ze sobą. Mamy w lesie obóz. Trochę jedzenia, ciepłych ubrań. Z pewnością jest tam bezpieczniej niż tu - odpowiedział admirał. - Chcesz wiedzieć, co się dzieje? Żniwiarze przybyli. W całej galaktyce rozpoczęła się wojna, która nie skończy się w tydzień ani w miesiąc. Ruszajmy.

***


Czwarty dzień po inwazji, 2186, lasy w okolicach Vancouver.

Aaron, ranny na posterunku żołnierz, zmarł z powodu infekcji i braku med-żelu oraz odpowiedniej opieki medycznej. Ordynator szpitala nie był w stanie pomóc, a jedynie nieco mu ulżyć. Atmosfera w obozie była bardzo ciężka. Ludzie byli małomówni. Anderson i jego grupa z powodu utraty towarzysza, a ludzie ze szpitala po stracie trzech swoich.

Young nie posłuchał Emily. Wciąż siedział na ziemi, a wzrok wlepił w karabin snajperski, który go zawiódł albo raczej, z którego nie umiał skorzystać, bo tak myślał. Ściemniało się. Z prowizorycznie zorganizowanej stołówki wyszedł RR, niosąc w ręku plastikowy talerzyk z ciepłą zupą. Usiadł obok swojego znajomego i podał mu jedzenie.
- Michael, odpuść. Emily powiedziała, żebym zagadał do ciebie - powiedział ze swoim jamajskim akcentem. - Wcinaj zupę. Musisz mieć siły na jutro.
- A co robimy jutro? - odpowiedział zrezygnowany Young, mieszając łyżką w niezbyt apetycznej zawartości talerzyka.

Robert zamyślił się. Michael dostrzegł zmianę w zachowaniu kolegi. Optymizm ustąpił miejsca jakiemuś stanowi ciszy, podczas której w głowie Jamajczyka musiało dziać się coś poważnego. W czasie misji w szpitalu zabił pierwszego wroga.
- Jutro... Walczymy, bracie - odpowiedział czarnoskóry operator London Daily. - Tak jak wczoraj i dziś.
RR wstał, przeszedł parę kroków i odwrócił się. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął łańcuszek z wizerunkiem Jezusa. Michael instynktownie ścisnął pięść pod szyją, jakby szukając błyskotki, która przecież była w dłoni Roberta.
- Przed wyruszeniem w drogę mocno się spieszyliśmy. Za mocno, bracie. Takich rzeczy się nie zapomina. - Robert rzucił łańcuszek właścicielowi i uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie. - Dobranoc, Michael.

Young chwycił pamiątkę od ojca i w ściśniętej pięści przyłożył ją sobie do czoła. Przechodząca kilka metrów obok Debrah widziała, że mówił coś półszeptem, jakby się modlił...

----------------------------------------------------
Oj długą przerwę miałem, ale w końcu dostałem troszkę weny. Siła Wiary rusza dalej... Mam nadzieję, ze na dłużej i... że odcinek się podoba. Wprowadza kilka nowych postaci, sporo akcji. Jestem bardzo ciekawy Waszych opinii i za każdą opinię, wskazówkę, poprawkę będę wdzięczny :) .

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 10 wrz 2013, 20:13 
Pierwszy gamepad
Pierwszy gamepad
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 22 lip 2013, 22:53
Posty: 102
Gra w: ME1-3 Farcry 3
Znalazłem takie coś podczas serfowania po internecie. To chyba ten "tru ending" o którym wszyscy mówią... http://www.youtube.com/watch?v=hzYLTbQQEZQ


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 01 paź 2013, 21:32 
Adept analogów
Adept analogów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 lip 2012, 21:13
Posty: 257
Nom tak więc skoro zostałem poinformowany na innym dziale że tutaj dzielą się ludzie takimi filmikami to zaprezentoać chciałbym 2 moje filmiki z Me1 i Me3 Takie fanmade Game Music Video;) zrobione bardzo dawno temu .
Zapraszam do Oceny :

http://www.youtube.com/watch?v=3_cXLoDqyxE ---> Me3
http://www.youtube.com/watch?v=tYAnwEBj3WA ---> Me1

https://www.youtube.com/watch?v=POgt9NKj1Qg-Mass Effect Trilogy Fanmade Game Video Music

Dziękuję za uwagę :)

_________________
Mój kanał na YouTube:



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 10 paź 2013, 20:33 
Niedzielny gracz
Niedzielny gracz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 mar 2013, 18:39
Posty: 38
Gra w: Mass Effect, Risen, Rayman, Neverwinter nights, Heroes of Might and Magic III
Cóż, skoro wszyscy chwalą się się swoją twórczością, to i ja może coś wrzucę jak już skończę. Jak będę miał trochę czasu, to zapoznam się też z resztą tutejszych utworów, bo na razie przeczytałem tylko kilka. Ogólnie lubię czytać fanficki, dzięki nim to uniwersum nadal żyje
@luki opowiadanie było świetne, czytało się bardzo przyjemnie i lekko
@dikajos za twoją twórczość zabiorę się, jak będę miał więcej czasu, bo widzę, że piszesz... obszernie :)

_________________
Ten, kto twierdzi, że pieniądze szczęścia nie dają, prawdopodobnie nigdy nie był w księgarni.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 10 paź 2013, 21:47 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
@ JamCiJestAdam

No tak wyszło, że obszernie. Nie ma sensu tutaj przewijać, bo w moim podpisie wszystko jest już poprawione i w jednym miejscu. Czekam w takim razie na opinię :D . Bo zamierzam pisać dalej, ale chwilowo życie płata mi figle.

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 11 paź 2013, 13:47 
Adept analogów
Adept analogów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 maja 2013, 17:58
Posty: 235
Nie wiem co mogłabym nowego dodać od siebie, bo wcześniej wiele razy wspominałam, że lubię Twój styl pisania dikajos ;) Odcinek przeczytałam jakiś czas temu i czekam na następny. Liczę też na rozwinięcie akcji, np. spotkanie z brutalem lub nawet banshee.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 11 paź 2013, 23:23 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
noooo to mi dodaje + 5 do motywacji :) . Za parę dni urlop, więc kto wie :). Może posunę do przodu historię Toma :) . Dzięki , verte

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 15 paź 2013, 08:37 
Adept analogów
Adept analogów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 lip 2012, 21:13
Posty: 257
Zapraszam do oceny mojej Nowej pracy ;)

http://www.youtube.com/watch?v=h0qCKFCHbkw

Czuję że wyszło mi dobrze;)

_________________
Mój kanał na YouTube:



Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Napisz wątekOdpowiedz Strona 110 z 120   [ Posty: 1194 ]
Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 107, 108, 109, 110, 111, 112, 113 ... 120  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  


Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Style by Daniel St. Jules