Teraz jest 29 sty 2022, 12:15


Napisz wątekOdpowiedz Strona 117 z 120   [ Posty: 1194 ]
Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 114, 115, 116, 117, 118, 119, 120  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 14 mar 2014, 14:47 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
Napisałem XII odcinek "Siły Wiary". Wbrew moim planom i zapowiedziom nie jest on o Tomie i jego perypetiach, lecz znowu o Michaelu i jego grupie. Wena mnie naszła i poszło. W głowie mam też odcinek o Tomie, który zapewne napiszę w weekend. Potem pewnie zamienię te odcinki numerkami i ta część będzie XIII, a tamta XII, ale wrzucam od razu, bo w tej chwili nie ma różnicy, skoro to teraz dwie praktycznie odrębne historie.

Tak więc poniżej nowy odcinek, zapraszam do czytania i komentowania :)

------------------------------------------------------------------------------

SIŁA WIARY

ODCINEK XII
WSZYSTKO CO DOBRE


I


Admirał floty Przymierza - David Anderson - siedział na zakurzonym krześle w jednym z budynków przedwojennego ośrodka myśliwskiego. Opierał podbródek na złączonych dłoniach i myślał, tracąc poczucie czasu. Nie miał pojęcia, czy tkwił w tej pozycji od piętnastu minut, czy od godziny. Kiedy dwa dni temu Rudemu i Robertowi udało się nawiązać łączność z dowództwem, miał nadzieję na to, że sytuacja zacznie się polepszać. Zamiast tego dostawał komunikaty o kolejnych porażkach ze Żniwiarzami na całym świecie. Ostatnia wiadomość, którą otrzymał od dowództwa, sprawiała, że poczuł się beznadziejnie. Wszelkie regularne oddziały Przymierza w Kanadzie miały rozkaz stawiania się w kilka oznaczonych punktów, z których miały zostać przetransportowane do Londynu, aby tam przegrupować się, zreorganizować i stworzyć zręby partyzantki. Anderson, jako niezwykle doświadczony i szanowany żołnierz, był głównym kandydatem do objęcia dowództwa nad tymi siłami. Problem polegał na tym, że w komunikatach nie było mowy o zabraniu ze sobą cywili, którymi admirał się opiekował. Wiedział, że musi ich zostawić. Liczył na to, że poradzą sobie. Mieli broń, zapas jedzenia na kilka tygodni i kilka osób, które zasmakowały już walki. Admirał postanowił, że razem z nim do Londynu polecą żołnierze - Debrah, Rudy i Taran, a także Michael Young i jego przyjaciel, Robert, a wraz z nimi ośmiu marines. Na miejscu mieli zostać bracia Clemence - Walter i Henry - których zadaniem było przejąć dowództwo. Anderson wiedział, że nie są na to gotowi, ale nie miał wyjścia. Komunikaty radiowe świadczyły o tym, że w Londynie szykuje się coś dużego. Musiał zabrać ze sobą najlepszych. Miał wyrzuty sumienia, ale doskonale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Termin odlotu był wyznaczony na późne popołudnie. Admirał wysłał rano piątkę swoich podopiecznych na ostatni zwiad po okolicy, a sam wstawał właśnie i zaczął nawoływać tłum ludzi, w tej chwili około setkę, aby podeszli i posłuchali wieści.

- Ludzie! Chodźcie tu wszyscy. Mam wam coś ważnego do powiedzenia.
Walter i Henry popatrzyli na siebie. Obaj mieli poważne miny, a ich twarze wyrażały zmęczenie po dwóch tygodniach partyzanckiego życia. Teraz to oni mieli przejąć dowodzenie nad obozem, wiedzieli już o tym. Po kilku chwilach przed budynkiem zebrało się kilkadziesiąt osób, Anderson wziął głęboki oddech:
- Otrzymałem rozkazy z samej góry - zaczął. - Dziś opuszczam obóz, a razem ze mną trzynaście osób. Piątka, która jest teraz na zwiadzie oraz ośmiu pozostałych żołnierzy.
- Jak to opuszczacie obóz? - zdziwiła się Emily Wong. Oprócz jej głosu słychać było powszechne pomruki niezadowolenia.
- Nasz oddział zostanie przetransportowany do Europy, aby walczyć z głównymi siłami Żniwiarzy. Wasza grupa będzie bezpieczniejsza tu, w tym obozie.
- Ale bez żołnierzy? - wtrącił się mały Max, syn Waltera. - Ale kto nas obroni, jak żołnierzy nie będzie?
- Ja i twój wujek przejmujemy dowodzenie - odrzekł jego ojciec, klękając przed nim na jedno kolano i kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Zostawiacie nas?! - krzyczała starsza kobieta, a łzy zaczęły spływać jej po policzkach. - Przecież my wszyscy zginiemy! Zginiemy!
- Uspokójcie się, proszę - Anderson spuścił głowę i wziął kolejny głęboki oddech. Podniósł wzrok i kontynuował: - Nie mamy innego wyjścia. Musimy walczyć. Rozmawiałem z braćmi Clemence i dałem im konkretne instrukcje. Wiedzą, jak postępować. Wspólnym wysiłkiem udało nam się zbudować dobre schronienie. Przeżyliście zanim was znaleźliśmy, przeżyjecie też, kiedy nas nie będzie. Zachowajcie spokój.

Kilka sekund później odwrócił się i wszedł z powrotem do budynku. Gdy zamykał za sobą drzwi, słyszał ciche łkanie za sobą. Płakać zaczęło wiele osób. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że bez Andersona i jego ludzi przeżycie będzie bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. W ciągu tych dwóch tygodni kilka osób zdobyło sobie szczególny szacunek grupy. Teraz wszyscy oni odchodzili. Greg, czyli Taran, był zastępcą Andersona. Wszystkich uspokajała sama obecność tego olbrzyma w okolicy. Wiedzieli, że jest doświadczony i można na niego liczyć, co pokazał w ciągu pobytu w obozie. To grupy pod jego dowództwem przynosiły najwięcej potrzebnych rzeczy z misji zwiadowczych. Udało mu się też wygrać kilka drobnych potyczek z siłami Żniwiarzy, czym podbudowywał morale grupy. Zupełnie inną osobą była Debrah - szeregowa. Szczupła młoda dziewczyna była dla wielu ludzi z obozu pierwszą biotyczką z jaką się zetknęli. Uprzedzenia w stosunku do ludzi obdarzonych tym darem wciąż były na Ziemi czymś zwyczajnym. Społeczeństwo bało się tej nielicznej grupy, jej odmienności. Zachowanie Debry sprawiło jednak, że mieszkańcy obozu zaczęli doceniać jej talent. Inni żołnierze opowiadali o jej akcjach z pola walki, kiedy trafiali podczas patrolu na grupki Żniwiarzy, a ona własnoręcznie rozprawiała się z kilkoma. W obozie była raczej cicha, skromna, ale bardzo pomocna. Kolejną osobą, która miała odlecieć do Londynu, był Rudy. Był dziwnym człowiekiem. Mało kto zdołał zamienić z nim więcej niż kilka słów. Dość szybko po obozie rozeszła się wiadomość, że Rudy stracił cały swój oddział pierwszego dnia wojny. Chodził własnymi ścieżkami, nie szukał przyjaźni, ale był świetnym inżynierem i to w dużej mierze dzięki niemu nawiązano łączność z dowództwem. Do tego opinia Tarana, że "na Rudego zawsze można liczyć", sprawiała, że ludzie podchodzili do niego z życzliwością, nie oczekując niczego w zamian. Z tą trójką żołnierzy na zwiad poszło jeszcze dwóch ludzi. Michael Young, według powszechnej obozowej wiedzy, przed wojną był dziennikarzem w Londynie. Przeszedł szkolenie wojskowe w czasie wojny z gethami. Właśnie wtedy nauczył się strzelać, co uratowało kilku obozowiczom życie. Od kiedy Michael znalazł karabin snajperski Modliszka, stał się nieodzownym członkiem patroli. Był dobrym strzelcem i inteligentnym człowiekiem. Często zamyślonym, tęskniącym za swą rodziną i Londynem, do którego miał dziś wrócić. Ostatnią osobą, która miała opuścić grupę był RR i, wbrew wszelkiej logice, wszyscy wiedzieli, że to za nim będą tęsknić najmocniej. Nie był świetnym żołnierzem, notabene nie był nim w ogóle. Nauczył się strzelać, ale nie był w tym dobry. Lepiej radził sobie jako inżynier i to z tego powodu został wpisany na listę do odlotu. Jednak to nie te cechy sprawiły, że grupa pokochała Roberta. Jego podejście do życia, przyjazne nastawienie i ogólny styl bycia były czymś, dzięki czemu wielu osobom było łatwiej znosić wszelkie niedogodności związane z wojną. Pamiętna impreza, którą RR zorganizował po otrzymaniu pierwszego komunikatu od dziennikarki, Diany Allers, była czymś niesamowitym.

Obozowicze wiedzieli, że bez tych ludzi będzie im ciężko.

II


Słońce chyliło się ku horyzontowi, będąc ledwie dostrzegalnym zza deszczowych chmur. Właśnie zaczynało padać. Do odlotu pozostały mniej więcej dwie godziny. Czekali na sygnał, który mieli otrzymać przez omni klucz Roberta. Po jego odebraniu planowali ruszyć w stronę niewysokiego wzgórza, które znajdowało się dwie mile od miasteczka. Cała piątka miała na sobie lekkie czarne pancerze. Michael i RR, z racji nie posiadania własnych, przed zwiadem wzięli dwie sztuki od marine, którzy wrócili z innego patrolu. Czworo z nich miało karabiny szturmowe Mściciel. Young miał przy sobie Modliszkę, a jako drugą broń zabrał pistolet marki Predator. Wszyscy mieli puste plecaki, do których zwykli chować łupy. To miał być ich ostatni zwiad przed wylotem; chcieli, by ludzie z obozu mieli jak najwięcej zapasów. Przy odrobinie szczęścia mieli szansę wyrobić się z czasem i odstawić zebrane rzeczy do obozu przed odlotem. Wchodzili właśnie do malutkiego miasteczka, otoczonego z każdej strony lasem, w którym mieli poszukać nie tylko przydatnych rzeczy, ale też ocalałych. Po dwóch tygodniach znalezienie kogokolwiek żywego było czymś mało prawdopodobnym. Jeśli ktoś przeżył, to na pewno nie tu, w ruinach. Skala zniszczeń tego miejsca był zaskakująco duża; musiała odbyć się tu spora bitwa, ponieważ niektóre budynki nie miały ścian, a gruz zasypywał ulice, tworząc, wraz z deszczem, trudną do przebycia mieszankę. Każdy krok był wysiłkiem. Znaki drogowe i sygnalizacje świetlne leżały na ziemi. Złowieszcza cisza była czymś bardzo nieprzyjemnym. Piątka zwiadowców przechodziła obok posterunku miejscowej ochotniczej straży pożarnej.

- Patrzcie - Taran przystanął i spojrzał w stronę zniszczonego budynku. - Setki dziur po kulach... Musiało się dziać. Chodź, Rudy, sprawdzimy środek. A nuż znajdziemy tam coś, co może się przydać. Reszta, sprawdźcie drugą stronę ulicy.
Rudy kiwnął głową, przyjmując rozkaz, i weszli do środka. Pozostała trójka przeszła przez ulicę, gdzie dojrzeli baner kliniki weterynaryjnej. Żadne z nich nie znało się na medycynie, ale jednego byli pewni - ich obóz nie dysponował odpowiednią ilością medykamentów.
- Jesteś pewna, Debrah? - RR zwrócił się do biotyczki.
- Że nasi ludzie potrzebują leków? Tak, jestem pewna.

Debrah i Michael rozglądali się na boki. Rzadko wchodzili do miast, ale wiedzieli, że trzeba mieć się na baczności. Tereny zabudowane były niezwykle trudne do sprawdzenia. W każdym budynku, w każdym zaułku mogła czaić się śmierć. Oboje trzymali broń w gotowości. RR spróbował otworzyć drzwi. Były zamknięte, więc wziął rozbieg na kilka kroków i po paru próbach udało mu się wyważyć wejście. Wszedł do środka razem z Debrą i zaczęli przeszukiwanie pomieszczenia. Michael stał przy wejściu, opierając się plecami o framugę i rozglądając się.
- Jak tam, Taran? - powiedziała Debra, włączając swój omni klucz. - Masz tam coś ciekawego?
- Nie. Tylko gruz... I ciała. Miałem rację, zacięta walka. Mamy jeszcze drugie piętro do przeszukania.
- Daj znać, jak coś znajdziesz.

Debrah wyłączyła omni klucz i zabrała się za przeszukiwanie niewielkiej kliniki. Robert znalazł w międzyczasie dwie apteczki pierwszej pomocy oraz różne tabletki, zapewne antybiotyki, które zdążył już wrzucić do plecaka. Grupa miała szczęście, że w obozie znajdował się lekarz, szpitalny ordynator, oraz kilka pielęgniarek. Wszyscy oni zostali ocaleni przez oddział Andersona w czasie misji w szpitalu, podczas której stoczyli pierwszą wygraną walkę z oddziałami Żniwiarzy. Michael rozglądał się za jakimś wysokim budynkiem, na który mógłby wejść, żeby ogarnąć wzrokiem okolicę. Na jego nieszczęście niczego nie znalazł. Jedyna w miarę wysoka konstrukcja, wyglądająca na ratusz, nie miała kilku ścian i wyglądała jakby miała się lada moment zawalić. Ryzyko było zbyt duże.

- Mickey - RR odezwał się z uśmiechem do Younga, który, słysząc kolegę, zajrzał do środka z ulicy - wracamy do Londynu. Co ty na to?
- Sam nie wiem - odrzekł. - Chyba powinienem się cieszyć, ale nie wiem, co czuję. Zostawiamy tych ludzi.
- No tak, brachu... Głupia sprawa, wiem. Ale admirał mówi, że tak trzeba. Mówiłeś, że to wielki bohater, nie?
- Tak.
Po tej odpowiedzi Michael wrócił przed wejście i oparł się o ścianę kliniki. Widział, że na drugim piętrze posterunku strażackiego, po przeciwnej stronie ulicy, myszkują ich dwaj kompani, robiąc przy tym sporo hałasu. Rozejrzał się na boki, było spokojnie. Chwilę potem kilka metrów od niego przeleciał pocisk, z hukiem uderzając w piętro posterunku i sprawiając, że ściana rozpadła się w drobny mak, a jej fragmenty spadały na ziemię w promieniu kilkudziesięciu metrów.

III


Young błyskawicznie wskoczył do kliniki.
- Co to, do cholery, jest?! - krzyczał.
Debrah i RR schowali się za niewielkie stanowisko recepcji i machali rękoma, żeby Michael do nich dołączył. Kiedy ten przebiegł te kilka metrów, przeskoczył przez ladę i skulił się obok nich.
- Ty nam mów, co to! - krzyknęła Debrah w odpowiedzi.
- Padł strzał z bocznej uliczki. Nie było jak tego zauważyć. Spory kaliber, jak z armaty.
W tym momencie usłyszeli kolejny strzał. Debrah wychyliła się i spojrzała w stronę budynku straży. Pocisk uderzył dokładnie tam, gdzie chwilę wcześniej byli Rudy i Taran.
- Patrick! - wydarła się, wychodząc zza lady i idąc w stronę drzwi.
RR szybko podążył za nią i chwycił za ramię, zatrzymując kobietę. Próbowała się wyrywać, ale Robert nie odpuszczał. W końcu zaciągnął ją do Michaela. Spytał:
- Patrick?
Debrah rozpłakała się i waliła pięściami w podłogę. Wokoło jej ciała zaczęła błyszczeć niebieska poświata. W końcu włączyła omni klucz. Z bocznej uliczki słyszeli serię wystrzałów z broni maszynowej. Widocznie ostrzał artyleryjski skończył się, pomyślał Michael, teraz szturmują.
- Patrick! - Debrah krzyczała przez omni klucz. - Patrick! Odpowiadaj!
RR i Young patrzyli na towarzyszkę. Do tej pory nie mieli pojęcia, jak Rudy miał na imię. Teraz jednak najważniejsze było usłyszeć jego głos.
- Rudy! Taran! - włączył się Young, nachylając się nad ramieniem Debry. - Odpowiadajcie!
Po kilku sekundach ciszy, przerywanej przez kolejne serie wystrzałów, usłyszeli Rudego.
- Debrah... - mówił drącym głosem. Oddychał głęboko. - Taran oberwał. Mocno oberwał...
- Patrick! - krzyczała, zalewając się łzami. - Co mamy zrobić?!

Young sam zastanawiał się, jakie mają opcje. Wydawało mu się, że siły wroga zlokalizowały tylko pozostałą dwójkę, a oni są chwilowo bezpieczni. Była szansa, że udałoby im się wymknąć, ale nie mogli zostawić towarzyszy. Taran był ranny, nie wiadomo jak ciężko, ale trzeba było chociaż spróbować go uratować. Nie mieli jednak pojęcia, jak liczny oddział ich atakuje, jednak wnioskując po sile ognia, musiał być mocny. Po chwili milczenia znów odezwał się Rudy:
- Debrah... Mam pomysł. Oni was nie namierzyli. Idą na nas od bocznej uliczki. Jakieś wielkie gówno i te mniejsze, kanibale. Ja... odciągnę ich uwagę. Odciągnę ich od posterunku, wbiegnę w las, a wy wejdziecie i zabierzecie Tarana. Potem ruszajcie na wzgórze.
- Oszalałeś?! Patrick - oddech Debry był płytki i szybki - nie zostawiaj mnie samej...
- Nie jesteś sama. Masz Younga i Roberta. Nie mam czasu, zbliżają się. Taran mocno oberwał. Spadł na parter i leży tam na podłodze. Ruszam, zaczekajcie minutę i ruszajcie.
- Patrick... nie rób tego.
Michael i Robert popatrzyli na siebie, dopiero teraz rozumiejąc, że Debrę i Rudego - Patricka, łączyło coś więcej. Nikt w obozie nie miał o tym pojęcia.
- Nie ma innego wyjścia - głos Patricka był zdecydowany. - Ruszam. Żegnajcie.
Połączenie na omni kluczu znikło, a Debrah siedziała, opierając się o ścianę. Jej kompani spuścili głowy, nie wiedząc, co powiedzieć. Young podszedł do biotyczki i podał jej dłoń, chciał pomóc jej wstać.
- Debrah, podnieś się. Musimy iść. - Kobieta nie ruszała się. Dodał ciszej: - Jego poświęcenie nie może pójść na marne.

Robert również podszedł do Debry i obaj pomogli jej wstać. Cały czas słyszeli urywane serie wystrzałów. Między nimi były jednak dźwięki, które dobrze znali. Krótkie serie z Mściciela z coraz dalszej odległości oznaczały, że Rudy rozpoczął odciąganie uwagi wroga. Strzelał z granicy lasu, stojąc wśród drzew, do których dostał się schodząc z posterunku drabinką na tyłach budynku. Wszyscy podeszli do drzwi, a Michael wyjrzał. Dostrzegł grupę kanibali, którzy ruszyli biegiem w stronę lasu, tak jak zaplanował to Rudy. Kiedy byli już dostatecznie daleko, grupka ruszyła biegiem przez ulicę, mijając fragmenty zawalonej ściany i chmurę popiołu, który wciąż unosił się po wymianie ognia. Swojego kompana zobaczyli niemal od razu. Robert złapał się za głowę. Taran leżał na ziemi w kałuży krwi, nieprzytomny i pokryty warstwą gruzu. Michael i Debrah podbiegli i szybko uporali się z odkopaniem kolegi. Po zobaczeniu obrażeń Grega, RR zwymiotował. Taran nie miał lewej nogi. Została oderwana od reszty ciała w momencie eksplozji. Potężne krwawienie sprawiło, że twarz olbrzyma była niezwykle blada. Debrah padła na kolana i spojrzała w niebo, mrużąc oczy w strugach coraz mocniejszego deszczu; posterunek ochotniczej straży pożarnej nie posiadał już sufitu. Young zdjął swój plecak i wyciągnął pasek. Zacisnął go jak najmocniej potrafił na udzie rannego. Krew spływała na jego dłonie.

- Debrah! Robert! - krzyknął Michael, chwytając nieprzytomnego Tarana pod prawe ramię. - Pomóżcie mi.
Robert podszedł, cały drżał po zobaczeniu tego makabrycznego widoku, ale pomógł Youngowi i dźwignęli rannego towarzysza w górę. Wtedy Young zobaczył, że obok wejścia na posterunek przebiegł kanibal uzbrojony w karabin, najwyraźniej gonił swoją grupę. Był sam. Debrah, ku zdumieniu Michaela, ruszyła sprintem w jego stronę i wyszła z budynku.
- Ej! - krzyczała, przystając w kałuży. Włosy miała całe mokre, a jej ciało owlekała błękitna poświata. - Chodź tu, sukinsynu!
- Debrah - Michael mówił ściszonym głosem. Wraz z RRem trzymali Tarana, stojąc wewnątrz. Nieuważny kanibal ich nie spostrzegł, ale teraz odwrócił się w stronę Debry i wycelował w nią broń. Biotyczka ścisnęła pięści i machnęła prawą dłonią, jakby wyprowadzała cios. Wypuściła w ten sposób kulę, która zatrzymała się tuż przed wrogiem zanim pociągnął za spust. Kanibal nagle został uniesiony w górę, z zaskoczenia upuszczając karabin. Kręcił się w powietrzu na wysokości kilku metrów. Chwile później biotyczka skoncentrowała się i z krzykiem wyrzuciła z dłoni drugi biotyczny cios, który rozerwał pomiot Żniwiarzy na strzępy, barwiąc okoliczne kałuże czerwienią.
Young i RR opuścili ruiny budynku tylnym wyjściem i zaczęli iść przez las. Greg był ciężki jak na olbrzyma przystało, a ich kroki spowalniał dodatkowo obfity deszcz. Debrah szła kilkanaście metrów za nimi, ubezpieczając ich i rozglądając się w nadziei, że ujrzy Patricka. Omni klucz Roberta zasygnalizował połączenie.

- Oddział zwiadowczy, odezwijcie się. Powtarzam, zwiadowcy, odbiór. Tu admirał Anderson. Co się dzieje? Zaraz odlot. Gdzie jesteście?
- Tu Robert z oddziału zwiadowczego - odpowiadał cicho RR.
- Robert! Co się dzieje? Mów. Mieliście się meldować.
- Panie admirale - włączył się Young - trafiliśmy na silny oddział Żniwiarzy. Wzięli nas z zaskoczenia. Taran jest ciężko ranny. A Rudy... chyba go straciliśmy...
- Na Boga... Jak to się stało?
- Sam nie wiem. Ostatnio nie było ich w okolicy, a teraz... Wzięli nas z zaskoczenia. Taran jest ciężko ranny. Chyba nie dotrzemy na czas, panie admirale.
- Poczekamy tak długo, jak będziemy mogli. Śpieszcie się, Young!

IV


Po godzinie marszu omni klucz na ramieniu Roberta znów zasygnalizował rozmowę. W lesie było już ciemno, godzina odlotu minęła więcej niż trzydzieści minut temu. Michael i RR delikatnie położyli Tarana na plecach, na wilgotnej trawie. Debrah przestała się rozglądać. Była cicha i zamyślona.
- Oddział zwiadowczy, odbiór...
- Tu zwiadowcy - odpowiedział Young. - Odbiór.
- Gdzie, do cholery jesteście, Young? Jesteśmy pod ciężkim ostrzałem. Jakoś nas namierzyli. Nie możemy dłużej zwlekać!
Young spojrzał na swoich towarzyszy. RR usiadł obok Tarana i patrzył na jego twarz, przeraźliwie bladą i nieobecną. Debrah oparła się o drzewo i tępo obserwowała bezkres lasu. Nie mieli szans, by na czas dotrzeć na wzgórze.
- Lećcie bez nas, admirale... - powiedział.
- Young...
- Nie damy rady. Spróbujemy dotrzeć do obozu. Zostaniemy z nimi. Może załapiemy się na następny transport...
- Nie mam pojęcia, kiedy to będzie... Wyślę po was kogoś najszybciej, jak się da... Trzymajcie się. Dacie sobie radę. Wierzę w was.

V


Marsz do obozu był wycieńczający, długi i ponury. Nie zamienili ze sobą ani słowa. Taran wciąż miał puls, ale krwawienie nie ustawało. Michael i Robert nie mieli już sił, ale nie przystawali nawet na moment. Debrah szła za nimi, trzymając broń w gotowości. Był już późny wieczór, widoczność była mocno ograniczona, dlatego zdziwili się, kiedy zobaczyli przed sobą kilka jasnych punktów, jakby łunę. Byli już w okolicy obozu, więc nabrali nieco motywacji i wiary. W końcu wyszli zza ostatniej linii drzew, a ich oczom ukazał się tragiczny obraz.

Obóz płonął, a raczej dopalał się. Jeden z budynków był w gruzach, drugi wciąż stał, ale palił się żywym ogniem. Podeszli bliżej. Ujrzeli kilkanaście ciał ludzi, z którymi spędzili ostatnie tygodnie. Wszyscy byli martwi. Położyli Tarana w najbliższym namiocie, jednym z niewielu nienaruszonych. Young padł na kolana i zapłakał, spuszczając głowę. Zanurzył dłonie w kałuży, próbując zmyć zaschniętą krew Grega. RR postawił jedno z osmolonych krzesełek, które leżało w pobliżu, usiadł i schował głowę w dłoniach. Debrah przyglądała się ostatnim dopalającym się szczątkom tego, na co wszyscy pracowali przez ostatnich kilkanaście dni. Ryzykowali życiem, by zbudować to schronienie. Miejsce, które wydawało się bezpieczne i poza zasięgiem Żniwiarzy. Ale nie było najmniejszych wątpliwości co do tego, kto jest autorem tej rzezi. Kilka ciał zombie i kanibali leżało między zwłokami kobiet, mężczyzn i dzieci - ludzi, z którymi jeszcze tego ranka jedli śniadanie. Ciała wroga świadczyły o tym, że cywile nie poddali się bez walki. Ordynator szpitala leżał w kałuży krwi zmieszanej z deszczem. W ściśniętej dłoni wciąż trzymał pistolet, a wokoło, odbitym blaskiem płomieni, błyszczały zużyte pochłaniacze ciepła. Chociaż lekarz nie ruszał się, wciąż miał otwarte oczy. Young przez moment myślał, że żyje, ale rozerwana przez zombie szyja nie pozostawiała wątpliwości.

- Tylko kilkanaście ciał... - powiedział cicho Young.
- O kilkanaście za dużo - odrzekła Debrah.
- Mam na myśli, że reszta mogła uciec. Bez nas i reszty oddziału Andersona było tu jakieś dziewięćdziesiąt osób.
- Pewnie ich pojmali. Słuchałeś wiadomości, Mickey - Robert wynurzył głowę ze splecionych dłoni. - Potrzebują też żywych, dranie...
Young wstał i powoli przechodził przez obóz. Miał nadzieję, że znajdzie kogoś żywego, choć niespecjalnie na to liczył. Mijał stół, przy którym jadali wspólne obiady, prowizoryczny plac zabaw, który zbudował Henry Clemence wraz z Robertem, aby dzieci nie myślały tylko o wojnie. Ledwo powstrzymywał płacz i przygryzał wargi, kiedy stąpał obok kolejnych ciał.
- Michael...
Young odwrócił się. Przytłumiony głos dobiegał z pomiędzy namiotów. Podbiegł tam co sił w nogach. Wreszcie zobaczył opartego o drzewo Waltera - człowieka, który uratował życie jego i Emily Wong w Vancouver, w dniu inwazji. Mężczyzna trzymał się za brzuch. Dłonie miał całe we własnej krwi, oddychał powoli, jego oczy były zamglone, a powieki opadały. Walczył z tym, ale wykrwawiał się. Michael przyklęknął przy nim. Dostrzegł co najmniej jedną ranę postrzałową.
- Walter... Jak to się stało?
- Przyszli nagle - mówienie sprawiało Walterowi ból. - Zabijali... Henry nie żyje. Leży w gruzach tamtego budynku... Ja nie przeżyję, Michael. Boje się. A Max, mój synek...
Mężczyzna rozpłakał się. Łkał, wiedząc, że umiera.
- Co z Maxem, Walter?
- Zabrali go. Zabrali kilkadziesiąt osób. Nie mam pojęcia, gdzie. - Chwycił Michaela za ramię. Jego uścisk był już bardzo słaby. - Uratuj Maxa, Young. Błagam... On na pewno się boi.
- Walter... Ja...
Chciał coś powiedzieć, ale głowa Waltera bezwładnie opadła. Przyłożył dłonie do jego szyi, badając puls. Walter Clemence był martwy. Young zamknął jego powieki i położył go na ziemi z rękami złożonymi na brzuchu. Wyciągnął zza pancerza wisiorek od ojca, pocałował krzyżyk i złożył ręce w modlitwie.

VI


- Nic nie możemy zrobić... - powiedział Michael. - Nienawidzę tego, tej bezradności.
Young, Debrah i Robert siedzieli w namiocie, obok leżącego pośrodku Tarana. Już prawie nie krwawił, ale jego bladość była wręcz przerażająca.
- Myślicie, że go boli? - spytał RR.
- Nie - odrzekł Young. W momencie wybuchu na posterunku straży Taran stracił przytomność. Może chwilę później, w wyniku szoku wywołanego urazem. Potem po prostu tracił krew, aż jej zabrakło. Teraz pozostały mu minuty, a oni nie mogli nic zrobić. Patrzyli, jak umiera ich towarzysz, przyjaciel. Najbardziej doświadczony i najtwardszy z nich. Nie mogli zrobić nic więcej, ani teraz, ani wcześniej, w miasteczku. Young był przerażony. Nie tylko z powodu Tarana, ale też, a może przede wszystkim dlatego, że nieważne, jak dobrze będziesz wyszkolony, jak twardy i jak doświadczony. Jeśli będziesz w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie - umrzesz. Nie masz pojęcia, czy i kiedy to cię spotka. Nie masz na to wpływu. Możesz być najlepiej przygotowany, ale... Zabłąkana kula, rykoszet, ostrzał z cięższych dział. Na to wszystko nikt nie ma wpływu. Albo masz szczęście, albo go nie masz. Gdyby oddział Żniwiarzy nadciągał z drugiej strony ulicy, to oni zostaliby ostrzelani i pewnie zginęliby w gruzach kliniki. Los chciał, że stało się inaczej. I to Taran umierał. Young zastanawiał się, czy stać byłoby go na to, co zrobił Rudy. Poświęcenie dla grupy? Patrick stanął przed wyborem. Miał kilka sekund na podjęcie decyzji. Kilka sekund ciszy w rozmowie przez omni klucz, podczas których musiał mieć tysiąc myśli. Wybrał taką, która ocaliła ich życie.

Nie sprawdzali już pulsu Tarana. Płakali nad ciałem swojego przyjaciela, aż słońce wzeszło, zaglądając do namiotu w zniszczonym obozie i rozpoczął się kolejny dzień w piekle.

--------------------------------------------------------


I to był odcinek XII. Jak zawsze czekam na Wasze opinie i krytykę :)

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 14 mar 2014, 16:09 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lut 2012, 18:32
Posty: 695
Lokalizacja: Knurów
Gra w: ME, AC, NfS
Spoiler:



No, doczekałam się, przeczytałam i bardzo chwalę oraz podziwiam talent pisarski. Pomijając moje uwagi, tekst dikajos napisał bardzo przyjemnie, niewymuszenie, ciekawie i oczywiście zachęcająco do oczekiwania na kolejne odcinki. Szkoda tych dwóch, którzy giną, i całej reszty cywili. Ale dzięki temu opowiadana historia wygląda na prawdziwą i przedstawia przykre realia wojny.
Cóż więcej mówić - dobrze się czytało.

_________________
A życie? Życie będzie toczyć się dalej, bez względu na to co zyskamy, a co stracimy..

Zrozum różnicę między "bynajmniej" a "przynajmniej" i dopiero wtedy używaj tych słów!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 14 mar 2014, 16:54 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
Co do uwag paulasaf:
Spoiler:



Bardzo Ci dziękuję za opinię i liczę, że ktoś jeszcze przeczyta odcinek :)

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 21 mar 2014, 20:59 
Niedzielny gracz
Niedzielny gracz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 mar 2013, 18:39
Posty: 38
Gra w: Mass Effect, Risen, Rayman, Neverwinter nights, Heroes of Might and Magic III
Hej, przeczytałem nowy odcinek "Siły Wiary". Naprawdę świetny, tylko w pierwszym fragmencie było dużo takich "przypominajek" i trochę ciężko się to czytało. Tak poza tym, to przyznam się, że sceny ze zgliszcz obozu naprawdę mnie poruszyły, co nie udało się niektórym książkom. Czekam też z niecierpliwością na wieści od Toma i całej Youngowej rodziny.

Paula, nie łam się :P Tak się składa, że ja też piszę teraz o Feros i mam z tym drobne kłopoty. Nie jesteś sama ;)

_________________
Ten, kto twierdzi, że pieniądze szczęścia nie dają, prawdopodobnie nigdy nie był w księgarni.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 06 kwi 2014, 03:08 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
Siła Wiary odcinek XIII wkracza w fazę "wiem już, co napisać, ale nie chce mi się" :) . Tak więc powinienem dodać go w ciągu kilku dni.

Ale mam jedno pytanie, bo sam jakoś nie mogę znaleźć informacji (bo może takiej nie ma) na jaką planetę trafiła Oriana Lawson po sytuacji z misji lojalnościowej Mirandy? Czy została na Ilium, czy może wyjechała z nową rodziną gdzie indziej. A jeśli tak, to gdzie? Ktoś ma jakieś pojęcie? Albo pomysły? :)

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 06 kwi 2014, 11:43 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 18 gru 2011, 13:39
Posty: 1244
Jak to Ci się nie chce, no bez takich, tu fani czekają :)

Jeśli chodzi o całokształt, bardzo dobrze opisałeś coś, czego brakowało mi w grze, pokazałeś nam jak atak żniwiarzy wyglądał w realnym świecie, widziany oczyma zwykłych ludzi, pokazałeś nam zniszczenia, ale przede wszystkim towarzyszące temu emocje.

_________________
N7 HQ
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 06 kwi 2014, 20:02 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lut 2012, 18:32
Posty: 695
Lokalizacja: Knurów
Gra w: ME, AC, NfS
Znalezione na różnych stronach w internetach:

"Oriana wants to work in colony development,"
"ML: Jak się czujesz w nowym miejscu?
OR: Super! Dom jest ogromny! A przynajmniej jak dla mnie.
ML: Jak ci idzie nauka?
OR: Świetnie! Wprawdzie ciągle nie lubię genetyki, ale chcę wszystko zrozumieć, no nie? Fizyka i matematyka idą mi jak z płatka.
ML: Twoja ocena z historii Ziemi drugiej połowy XX wieku jest poniżej granicy odchylenia standardowego. Chcesz, żebym znalazła ci korepetytora?
OR: Historia? Nie, jest ok. Po prostu mnie to nie interesuje, powiedzmy.
ML: Ori.
OR: Co? No… dobrze. Jest taki chłopak. Danner.
ML: Danner Gossimah?
OR: Tak! Skąd wiedziałaś?
ML: To nieistotne. Jego rodzina jest w posiadaniu sieci restauracji na Cytadeli. Dobre wyniki w nauce. Uprawia sporty. Złamał nogę, gdy miał 14 lat.
OR: Hmm… jasne. Tak, zawsze ma mnóstwo pytań na lekcjach. Myślę, że on nawet nie wie, że ja istnieję."
"Jej ojciec zdobywa poparcie i środki Cerberusa na swoje przedsięwzięcia naukowe i wówczas porywa ją umieszczając w Sanktuarium na Horyzoncie"

Ogólnie czytając o Orianie można śmiało stwierdzić, że po ME2 została na Illium, dalej studiowała, żyła zwyczajnie i bezpiecznie oraz utrzymywała kontakt z Mirandą. Później, wiadomo, została porwana przez swojego ojca. Scenę porwania można sobie śmiało wymyślić, bo nigdzie nie jest to kreślone. Po prostu - została porwana. Pewnie Henry Lawson wynajął jakichś ludzi, może nawet jednego człowieka [wątpię żeby sam zajął się taką brudną robotą], mógłby to być nawet ten chłopak o którym Ori rozmawia z Mirandą. Zwabiają ją i - tu mam taką "dramatyczną" wizję - Oriana wsiada do jakiegoś pojazdu całkowicie zaufawszy temu komuś kto ją zwabił. Wsiada, drzwi się zamykają, kierowcą jest ten co ją przyprowadził, więc w aucie nikogo nie ma oprócz niej. Ale na siedzeniu pasażera z przodu nagle odwraca się jakaś postać, którą okazuje się... no wiadomo kto ją porwał, ale autor nie zdradza tego lecz kończy scenę krzykiem przerażenia Oriany B) ) No i dalsze wydarzenia znamy, chociaż zawsze jeszcze można opisać co działo się od uprowadzenia do sceny z Mirandą, Henrym, Orianą I Shep.

I właśnie dikajos - tu FANI czekają! Nie możesz mówić, że ci się nie chce; my tu czekamy wiernie ;)

_________________
A życie? Życie będzie toczyć się dalej, bez względu na to co zyskamy, a co stracimy..

Zrozum różnicę między "bynajmniej" a "przynajmniej" i dopiero wtedy używaj tych słów!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 06 kwi 2014, 20:52 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
Ja już mam drużynę, która zajmie się tą misją, heh. Zresztą ostatni odcinek wątku Toma wyraźnie sugeruje, co nastąpi. Tak więc pozostało mi to spisać. Bardzo mi miło, że czekacie na kolejną część :)

@ paulasaf
No tak, dane Handlarza Cieni. Więc niech będzie Ilium, chociaż ja sobie myślałem, że może jej rodzinka poleciałaby na jakąś małą ludzką kolonię, no ale faktycznie, Ilium pasuje równie dobrze, bo w końcu tam miała tę nową rodzinkę.

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 10 kwi 2014, 03:26 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 wrz 2012, 16:37
Posty: 1678
Gra w: ME, Wiedźmin, KOTOR
Oto nowy, XIII już odcinek "Siły Wiary". A w nim powrót do przygód Toma Younga. Zapraszam do czytania i komentowania :)
--------------------------------
SIŁA WIARY
ODCINEK XIII

ACHILLES - CHRZEST


I


Henry Lawson wszedł do pomieszczenia komunikacyjnego, stanął pośrodku, wytarł spocone dłonie w rękawy, pociągnął nosem i czekał na połączenie. Widok, do którego zdążył się przyzwyczaić podczas rozmów ze swoim szefem, ponownie lekko raził mu oczy. Wielka czerwona gwiazda w tle jego rozmówcy podkreślała nienaturalny błękit oczu tego człowieka. Połączenie zostało nawiązane, jednak chwila ciszy przeciągała się w sposób, który mógł niepokoić. I fakt, Lawson mocno się denerwował. Człowiek Iluzja bardzo nie lubił niesubordynacji i zwykł ją karać. Przykładnie i bez litości. A misja, którą Lawson zlecił, nie była skonsultowana z Cerberusem.
- Witaj, Henry - powiedział Iluzja, rozsiadając się wygodniej w fotelu.
- Ja również witam. Czemu zawdzięczam tę rozmowę?
- Myślę, że wiesz, czemu. Wyciągnąłem do ciebie rękę, gdy tego potrzebowałeś. Dałem ci cel i bardziej niż odpowiednie środki do jego realizacji. W zamian oczekiwałem rezultatów i lojalności.
- Rezultaty są obiecujące - podjął niezwłocznie Lawson. - Jesteśmy coraz bliżej rozgryzienia sygnału Żniwiarzy. Cała ekipa naukowców pracuje nad tym dzień i noc. Oddzielnie prowadzone są prace nad ludzkim DNA, a obiekty do badań, dzięki nadspodziewanie dużej sławie Sanktuarium, same pchają się do naszych drzwi. Ledwo nadążamy z przyjmowaniem. Musieliśmy zatrudnić kilkadziesiąt nowych osób. To przechodzi wszelkie oczekiwania, ale wszystko jest pod kontrolą, w dużej mierze dzięki środkom finansowym z Cerberusa. - Człowiek Iluzja słuchał cierpliwie, nie komentując. Lawson wiedział jednak, że jego mała samowola została wykryta. Nie mogło być inaczej. Mówił dalej: - Dziękuję też za grupę naukowców specjalizujących się w ulepszeniach żołnierzy. Prowadzimy ostatnie próby. Jeśli zakończą się pomyślnie, to powinniśmy wszczepiać je naszym ludziom już za tydzień.
- Henry - przerwał w końcu rozmówca - możecie i powinniście je wszczepiać od momentu, w którym je od nas dostaliście. Nie wysłalibyśmy wam niedokończonego projektu. Implanty działają. Stosujemy je od jakiegoś czasu, a rezultaty przynoszą nam wielkie korzyści na polach bitew. Poza udoskonalaniem fizycznym żołnierzy, wzmacniają też siłę woli, poczucie obowiązku, lojalność. Sprawiają, że ci chłopcy pozbywają się zbędnych wątpliwości. Co do postępu prac w Sanktuarium, chcę, żebyś wiedział, że napawają mnie nadzieją. Liczę na regularne raporty. A co do drugiej sprawy, Henry - błękit jego oczu jakby narastał - powiedz mi, dlaczego nie skonsultowałeś ze mną swojej akcji na Ilium?

Lawson speszył się. Wiedział, że te słowa w końcu padną, ale mimo tej wiedzy poczuł ciarki na plecach. Zastanawiał się, kto przekazał Iluzji informacje o tej misji. Najważniejsze polecenia wydawał w swoim biurze, doskonale przebadanym pod kątem wszelkiego rodzaju podsłuchów. Macki Człowieka Iluzji sięgały daleko, Lawson to wiedział, ale nie spodziewał się, że aż tak. Kret musiał być w zaledwie czteroosobowym oddziale, który poleciał na Ilium. Barrego, swojego asystenta, o nic nie podejrzewał. Znali się od dawna. "Znajdę zdrajcę i sprawię, że popamięta" - przysiągł. Traktował swoją współpracę z Cerberusem tak, jak sama nazwa wskazuje - jak współpracę. Chciał zachować względną odrębność, samodzielność i decyzyjność. Nie lubił być zaledwie podwładnym. Człowiekowi Iluzji musiało się jednak wydawać, że przejął, wchłonął Lawsona i jego ludzi. Że stali się częścią Cerberusa i muszą być mu bezwzględnie lojalni.
- Nie sądziłem - odpowiadał - że odzyskanie mojej młodszej córki jest czymś, co zainteresowałoby cię osobiście. Odgrywa tu marginalną rolę, rzekłbym nawet, że żadną. Jeśli chodzi o starszą, która nabruździła, gdzie tylko mogła, to obiecałem moją współpracę i tych słów się trzymam. Młodsza jednak... Ona nie jest tak zepsuta. Myślę, że będę w stanie sprawić, przekonać ją, żeby się do mnie przyłączyła.
- Marnujesz cenny czas i zasoby na misję, która nie ma, jak sam stwierdziłeś, żadnego znaczenia dla nas i naszego dzieła? Masz świadomość, że Miranda kontaktowała się z Orianą, prawda?
- Mam... - Lawson zacisnął pięści i przygryzł wargi. - Wierzę, że zdołam przekonać Orianę do moich racji.
- Posłuchaj, Henry. - Iluzja niespiesznie sięgnął do kieszeni swej marynarki, wyciągnął zapalniczkę i papierosa. Zapalił i kontynuował: - Przyłączyłeś się do naszej sprawy, za co jestem ci wdzięczny. Zaczynam się jednak niepokoić tym, że muszę ci przypominać, jakie mamy priorytety. Musisz zdać sobie sprawę z tego, że twoje badania mogą przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Musisz poświęcić się im bez reszty. Razem wyniesiemy ludzkość na szczyty ewolucji. Musisz przyznać, że w obliczu tego, co jest na szali, marnowanie zasobów w celu wytropienia własnej córki jest... Samolubne? Bezcelowe?
- Ja po prostu...
- Nie, Henry - przerwał Człowiek Iluzja, wydychając chmurę dymu. - Zainwestowałem w ciebie i twoją inicjatywę niemałe środki, których teraz zaczyna brakować na innych frontach. Jesteśmy sojusznikami, bo to jest praktyczne. Nie zaniedbuj swojego zadania, bo jest ekstremalnie ważne, a jeśli poniesiesz klęskę... Przestaniesz być użyteczny.
- Rozumiem... - Lawson spuścił głowę. - To się już nie powtórzy. Mam wydać rozkaz powrotu wysłanej drużynie?
- Sądzę, że już na to za późno. Poza tym, skoro już tam są, to sprawdź jak się spiszą. Zdaje się - Iluzja uśmiechnął się kącikiem ust, ledwo zauważalnie. Lawsonowi trudno było zidentyfikować powód tego uśmiechu - że dowodzi Fish, prawda?
- Tak, dokładnie on.
- Do tego dwóch nowych i ten pilot, jak mu tam było?
- Jake Welsh.
- Welsh... Interesująca przeszłość, o ile sobie przypominam.
- Nie do końca rozumiem. O ile mnie pamięć nie myli, to był kierowcą wyścigowym. Nie widzę w tym nic interesującego.
- Bo nie szukasz tam, gdzie można coś znaleźć. W porządku, Henry. Liczę na krótki raport z tej misji. Trzymaj się wytycznych. Nie będę prosił ponownie. Żegnam.

Za dużo wiedział, zdecydowanie za dużo - pomyślał Lawson. Odwrócił się powoli. W ciszy przeszedł korytarz łączący jego biuro z salą komunikacyjną. Wreszcie usiadł za swoim biurkiem i zaczął się zastanawiać, kto jest kretem. Fish, którego Iluzja dobrze pamięta? Nic dziwnego, w końcu to człowiek, który w Cerberusie się nie sprawdził i został wykopany na zbity pysk za szereg uchybień, nierzetelność raportów i ich rozbieżność z relacjami pozostałych członków kilku misji. Od tego czasu podlegał bezpośrednio Lawsonowi, bo gdzie indziej był już spalony. Ale kto wie, może tak właśnie zaplanował sobie powrót do organizacji? A może Welsh? Pilot z "interesującą przeszłością"? Jaką przeszłością? Chłopak z nizin społecznych i tyle. Jego oficjalne dane nie mówiły o niczym specjalnie interesującym. Ludzie Iluzji lubowali się jednak w odkrywaniu danych nieoficjalnych. Welsh był pilotem oddelegowanym tymczasowo pod komendę Lawsona. Wciąż jednak jego najwyższym przełożonym był Człowiek Iluzja. A może któryś z nowych - Young bądź Svoboda? Dyrektorowi Sanktuarium wydawało się, że Tom Young ma w tej chwili wystarczającą ilość powodów, by być wobec niego lojalnym. Svoboda wydawał się mu typem człowieka wiernego od wypłaty do wypłaty, a ostatnio, po wznowieniu współpracy z Cerberusem, Sanktuarium nie narzekało na nieregularność bankowych przelewów. Lawson chciał, by Young i Svoboda byli jego ludźmi, ale tak prawdziwie jego. Takimi, którzy w razie otrzymania dwóch sprzecznych rozkazów - od niego i Iluzji - wybraliby wierność Lawsonowi. Nie, żeby zakładał jakiś konflikt z szefem, ale nigdy nic nie wiadomo. Chciał sam ich ukształtować. Więcej obiecywał sobie po Youngu, który dobrze spisywał się na Cytadeli, będąc asystentem Widma. Nie był więc nowicjuszem, a wielu takich podesłał mu Iluzja. Wiedział, że postępy Younga Cerberus śledził od dawna i to właśnie go zastanawiało. Dlaczego nie przyjęli go wcześniej? A może przyjęli, ale ukrywają to przed nim w tajemnicy? Może to on jest kretem? W natłoku tych myśli Lawson wygrzebał wszelkie możliwe pliki na temat całej czwórki z drużyny Achilles i zanurzył się w lekturze.

II


Prom z drużyną Achilles - bo taki kryptonim grupa dostała od Lawsona - wychodził właśnie z prędkości nadświetlnej przy Ilium, planecie znajdującej się w przestrzeni Asari. Było to miejsce znane w galaktyce z powodu bardzo swobodnego podejścia do wszelkich norm prawnych i obyczajowych. Henry Lawson, człowiek dowodzący Sanktuarium, w wyniku długotrwałego śledztwa wytropił swoją młodszą córkę - Orianę. Jej starsza siostra, Miranda, zbuntowała się i porwała ją. Zdradziła zarówno swojego ojca, jak i Człowieka Iluzję, stając się osobą poszukiwaną przez byłego pracodawcę. Priorytetem Lawsona było natomiast odzyskanie młodszej córki, która, jak mówiły źródła dyrektora Sanktuarium, znajdowała się na przedmieściach Nos Astra - stolicy Ilium, wraz ze swoją nową rodziną - rodzicami i bratem. Zadaniem drużyny pod komendą Fisha było pojmanie dziewczyny i odeskortowanie jej do Sanktuarium. Wspomniany Kyle Fish był dowódcą tego małego oddziału, a wraz z nim lecieli dwaj nowi ludzie w szeregach Lawsona - Pavel Svoboda i Tom Young. Ta trójka miała zająć się zadaniem bezpośrednio. Skład uzupełniał Jake Welsh - pilot - którego obowiązkiem było sprawne przetransportowanie grupy z miejsca na miejsce.

Tom Young patrzył na wzmocnione okna zmodyfikowanego Kodiaka, obserwując liczne smugi - obraz mijanych z gigantyczną prędkością gwiazd. Nagle wyszli z nadświetlnej, wszystko nabrało kształtów, a za oknem ukazała się planeta niemal bliźniaczo podobna do Ziemi. Z błękitnymi oceanami, zielonymi lądami i zdobiącymi ją chmurami. Zastanawiał się, dlaczego na misję wysłano tylko dwóch doświadczonych ludzi, uzupełniając ich nim oraz Pavlem. Schwytanie córki Lawsona wydawało się zadaniem dość istotnym dla jego szefa, a jednak posłał na Ilium dwóch nowo przyjętych żołnierzy. Zastanawiał się, czy Cerberus nie dysponuje nikim bardziej zaufanym. Nie do końca rozumiał stopień zależności między Lawsonem a Iluzją. Inną sprawą było, dlaczego po swoją córkę, nastolatkę, wysyłał grupę uzbrojonych ludzi w wojskowym promie. Wiedział, że dziewczyna nie była w najlepszych kontaktach z ojcem, ale... wysyłać po nią ludzi z bronią? Wciąż nie mógł też zrozumieć, dlaczego nie ma z nimi Hameda, jego przyjaciela, który dwa dni wcześniej zginął w gabinecie Lawsona, próbując zamordować dyrektora. Tak głosiła teoria, którą wspierał również Pavel. Young nie mógł jednak uwierzyć, aby Hamed, którego znał od wielu lat, był w stanie zrobić coś tak bezmyślnego. Nie miał jednak niczego, by poprzeć swoje podejrzenia. Najpoważniejszym zmartwieniem było dla Toma zniknięcie jego rodziny i Amandy, dziewczyny jego kuzyna. W ostatniej rozmowie Lawson obiecał, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby ich odzyskać. W zamian Tom miał ciężko i lojalnie pracować.

- Na miejscu za dziesięć minut - ogłosił Welsh. - Upewnijcie się, że macie zapięte pasy. Wejście w atmosferę może być nieprzyjemne.
Cała trójka pociągnęła za swoje pasy niemal w tej samej chwili. Young był po jednej stronie, pozostała dwójka naprzeciw. Fish wkładał w swój pancerz kilka dawek medi-żelu. W momencie, gdy skończył, pilot wykonał kilka nagłych skrętów, od których Tomowi aż przewracało się w żołądku.
- Jasna cholera, Welsh! - krzyknął w stronę kabiny. - Co ty wyprawiasz?
- Heh, sorry, Tom. - Welsh zaśmiał się. - Stare nawyki.
- Kyle - pytał Pavel - po co nam medi-żel? Spodziewasz się kłopotów? Podobno Żniwiarze jeszcze tu nie dotarli.
- Nie mów do mnie po imieniu, rozumiesz? - Fish skrzywił się. - Jestem Fish i macie to zapamiętać.
- Ale pytanie miał dobre - włączył się Young. - Mamy pakować medi-żel? Przyda nam się tam? Ta dziewczyna to jakaś komandoska?
- Powiem wam, co wiem. - Fish włożył na głowę hełm z czerwonymi wypustkami w miejscu oczu, które umożliwiały mu widzenie termiczne. Głos mocno mu się zmienił. Brzmiał niczym robot. - Mamy zabrać tę Orianę. Nie, nie jest komandoską, ale może się stawiać. Nie lubi się chyba z ojcem, nie wiem, nie mój interes. Rodzice mogą jej bronić. Brat jest za mały, żeby być zagrożeniem. Jak się będą stawiać, to kulka w łeb.
- Niewinnym ludziom?! - zdziwił się Tom. - Jak to kulka w łeb?!
- Czy to konieczne? - dodał Pavel, zakładając swój hełm, zwykły, na modłę hełmów Przymierza.
- Jeśli będą się stawiać to tak, to konieczne - dodał i przypiął do magnetycznego paska kilka pochłaniaczy ciepła.
Tom znowu zanurzył się w myślach. Czemu mieliby się nie stawiać, skoro uważają ją za swoją córkę? Czy będą musieli ich zabić? Lecieli na dość spokojne przedmieścia Nos Astra, zapewne udałoby im się wejść i wyjść niepostrzeżenie, ale co stanie się, jeśli padną strzały? Przecież na Ilium też działa policja, a oni będą popełniać przestępstwo. W mgnieniu oka cała jego rodzina stanęła mu przed oczami. Mała Emily, wujek Frank, ciocia Sara, babcia. I Amanda, dziewczyna jego kuzyna. Westchnął głęboko, włożył swój hełm, taki sam jak ten Pavla, i zacisnął dłoń na swoim pistolecie marki Paladyn. Zrobię, co będzie trzeba - pomyślał.

III


Jake Welsh, pilot Kodiaka, obniżył lot. Prom znajdował się już tylko kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Ilium było spokojne, zadziwiająco wręcz spokojne. Na wielu światach w galaktyce szalała krwawa wojna ze Żniwiarzami. Batarianie praktycznie już nie istnieli, ludzkość była dziesiątkowana, tak samo turianie i kroganie. Wszelkie raporty na temat Ilium mówiły o małych oddziałach zwiadowców. Sugerowało to, że uderzenie nastąpi i to niebawem. Mieszkańcy żyli jednak fałszywą nadzieją, że może jakoś konflikt ich ominie. Wielu wciąż nie rozumiało, że ta wojna jest inna niż poprzednie i że dotrze tu całkiem niedługo.
- Posadzę was tuż za ich domem - obwieścił Welsh. Uśmiechnął się, ogarniając wzrokiem okolicę. - Całkiem ładna miejscówka, nad jeziorkiem. Zawsze chciałem mieć taki dom.

Kiedy lądował, przypomniał sobie swoje dzieciństwo; mroczne alejki Bostonu, ojca narkomana, matkę, która zostawiła ich, kiedy Jake miał pięć lat. Tak, zawsze marzył o takim domu nad jeziorem, zamiast slumsów w najbiedniejszej dzielnicy Bostonu, gdzie przestępczość była codziennością. Najpierw - bycie ofiarą, a potem... Potem już nie. Kiedy był już nastolatkiem, brał udział w wielu napadach, uczestniczył w bijatykach. Raz bił się, bo ktoś miał ładny zegarek, a on nie. Bił tak długo, aż rolę się zmieniły - to on był tym z zegarkiem. Innym razem jeden z kolegów nie chciał się podzielić czerwonym piaskiem. Wtedy to on oberwał, wylądował w szpitalu. Wielokrotnie był aresztowany, jeszcze jako nastolatek. Potem brał udział w nielegalnych nocnych wyścigach po ulicach Bostonu. Prędkość - to zawsze była jego pasja. Nie było go stać na własny pojazd, ale był w tym dobry, więc jeden z bossów lokalnego półświatka, diler prochami, zaoferował mu pomoc w zamian za 50 procent zysków. Jake był dobry, wygrywał, przynosząc dochody sobie i sponsorowi. Miał jednak dość takiego życia. Wciąż ćpał, pił i bił, szukał kobiet na jedną noc, nie widział sensu w życiu. Stawał się sławny w okolicy, ludzie przyklejali się do niego, chcąc wykorzystać, wyciągnąć pieniądze. Początkowo mu to nie przeszkadzało, sądził, że tacy właśnie są przyjaciele. Po prostu nie miał innych. W dotychczasowym życiu nie miał ani jednej osoby, na którą mógłby liczyć. W pewnym momencie zauważył, że zachowywał się jak jego własny ojciec. Zorientował się, że leżący na śmierdzącej kanapie w obleśnym bloku zachlany czterdziestopięciolatek to wizja jego przyszłości. Postanowił się wyrwać. Zaczął oszczędzać pieniądze z wyścigów. Kiedy przestał ćpać i zaczął się lepiej prowadzić, był bezkonkurencyjny. Wtedy powiedział swojemu sponsorowi, że odchodzi. Diler chciał dać mu pokaźną premię, by przekonać chłopaka do pozostania w nielegalnych wyścigach, ale Jake chciał zostać zawodowcem. Marzył też, by latać promami, wzbić się w kosmos i podróżować na odległe światy, jak najdalej od Bostonu. Kiedy boss zorientował się, że nie zdoła przekonać Welsha do zmiany zdania, nasłał na niego dwóch ćpunów, którzy za porcję czerwonego piasku połamali mu obie ręce w kilku miejscach. Przyszli do niego, jego ojciec leżał na kanapie w alkoholowym cugu i nawet nie zareagował, gdy najpierw katowano mu syna i potem, kiedy Jake leżał w mieszkaniu ojca we własnej krwi. Wtedy obiecał sobie, że zrobi coś ze swoim życiem. Jeden z sąsiadów zadzwonił po karetkę. Zabrali go do szpitala, gdzie powiedziano mu, że jego rąk nie da się poskładać i jego szanse na powrót za kółko są minimalne. Wtedy, zrozpaczony, leżący na szpitalnej sali Welsh, zobaczył w telewizji program, w którym dziennikarze śledczy tropili sprawę powrotu komandora Sheparda. Informowali o Cerberusie, organizacji, o której Jake słyszał nawet w ciemnych uliczkach swojego osiedla. Nigdy jednak nie przykładał do tego większej wagi, bo niby z jakiego powodu? Byli sobie i tyle. Z chwilą wyjścia ze szpitala wszystko się zmieniło. Nikt nie chciał mu dać szansy. W swojej dzielnicy był spalony. Nikt nie chciał mu pomóc, nie mógł już startować w wyścigach. Jake nie miał wątpliwości, że była to sprawka byłego sponsora, ale on sam nic nie znaczył. Był skończony, bezradny. Przysiągł sobie, że zemści się na człowieku, który zrujnował mu i tak nędzne już życie. Po kilku tygodniach poszedł do jednego ze starych znajomych, kolejnego z dilerów czerwonym piaskiem, popytał, dostał kontakt, ten poprowadził do kolejnego. Kiedy już Welsh był na skraju wytrzymałości psychicznej i finansowej, dostał zaproszenie do pewnej prywatnej placówki w Nowym Jorku. Wtedy stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Wszedł do recepcji niewielkiej kliniki, podał nazwisko i jeszcze tego samego dnia wylądował na sali operacyjnej. Gdy się obudził, jego ręce były całkiem sprawne, wzbogacone o nieorganiczne elementy. Dzień później przyszedł do niego człowiek w średnim wieku, elegancko ubrany i uczesany. Był bardzo rzeczowy: "Jake Welsh? Nazywam się Lee Orfan i jestem agentem Cerberusa na okręg Massachusetts. Dotarły do mnie słuchy, że chcesz dla nas pracować". Od tamtego momentu wszystko potoczyło się szybko. Marzenia Jake'a zaczęły się spełniać. Brak zmartwień o dzień dzisiejszy, loty w kosmos, praca z ludźmi, którym naprawdę na czymś zależy. Czuł się jak nowo narodzony. Wciąż jednak wysyłał drobne kwoty swojemu ojcu. Sam nie wiedział, dlaczego. Może gdzieś tam, w głębi duszy, wciąż obawiał się, że skończy w ten sposób. Bardzo tego nie chciał.

IV


- Robimy to szybko - rozkazywał Fish, wychodząc z Kodiaka. - Svoboda, bierzesz dziewczynę i zaciągasz do promu. Ja i Young zajmiemy się rodzinką. Pamiętaj, Young. Masz być gotowy do strzału. Nie ma zmiłuj.
Tom wziął głęboki oddech, kiwnął głową twierdząco i ruszył za pozostałą dwójką. Dom otoczony był sporym ogrodem. Mieszkańcy bez wątpienia słyszeli lądowanie promu, a sama Oriana zapewne spodziewała się, kim są goście, ale już nie było powrotu. Musieli być zdecydowani. Tom walczył z myślami. "Przecież chcemy oderwać młodą dziewczynę od reszty rodziny. Czy ja nie robię właśnie dokładnie tego samego, co zrobiono mnie?". Nie miał czasu na wnikliwsze rozmyślania, bo Fish wyważył kopniakiem drzwi mieszkania i cała trójka wtargnęła do środka. Zastali sytuację rodem z filmów reklamowych. Cała rodzina - dwójka ludzi w średnim wieku, ich syn, może dziesięcioletni - oglądała telewizję, zajadając przekąski z talerzy ustawionych na stole. Mężczyźni nie widzieli nigdzie Oriany.
- Gdzie ona jest?! - krzynął Fish.- Gdzie Oriana?!
Siedząca na kanapie rodzina bała się - Tom wyraźnie to widział. Matka przytuliła małego syna i patrzyła się z niepokojem na napastników, którzy wtargnęli do jej domu i wymachiwali bronią. Nie odpowiadali.
- Gdzie. Ona. Jest - Fish mówił powoli, ale tonem niezwykle nieprzyjemnym. Zwrócił się do podwładnych: - Pavel, przeszukaj parter, Young, piętro.

Obaj posłusznie wykonywali rozkaz. Tom wszedł po schodach. Najpierw zajrzał do łazienki. Nic. Potem pokój, który bez wątpienia należał do chłopca. Konsola do gier, kilka samochodów-zabawek, duży model Normandii podwieszony u sufitu na sznurkach. Nagle usłyszał cichy dźwięk z góry, jakby ze strychu. Nie bał się. Za czasów pracy u boku Widma Bau mierzył się z kilkoma naprawdę groźnymi typami. Nastolatka nie wydawała mu się wyzwaniem. Wyjął zza pleców Paladyna. Bardzo podobał mu się pancerz Cerberusa. Nie miał co prawda oznaczeń, ale Tom wiedział, że takie same pancerze noszą żołnierze Człowieka Iluzji. Uchwyty na broń znajdujące się na plecach zupełnie nie krępowały mu ruchów, a do tego sięgnięcie po pistolet trwało ułamek sekundy. Z dołu wciąż słychać było krzyki.
- Gdzie jest Oriana?! Gdzie?!
Young zauważył drabinkę prowadzącą na strych. Oriana musiała być właśnie tam, nie było innej możliwości. Wszedł na górę i zaczął się rozglądać. W pomieszczeniu panował półmrok. Rzędy wieszaków ze starymi ubraniami znajdowały się przy każdej ze ścian. Wciąż rozglądał się wokoło. Postanowił się odezwać:
- Oriano, posłuchaj mnie. Chowam broń, widzisz? - Tom, zgodnie z własnymi słowami, sięgnął za plecy i zostawił broń w uchwycie. - Nie chcemy ci zrobić krzywdy. Jesteśmy tu, żeby zabrać cię do twojego taty. Prawdziwego taty.
W jego uchu odezwał się komunikat z Kodiaka.
- Fish, chłopaki. Wykrywam sygnatury Żniwiarzy na orbicie. Nie chce być złym prorokiem, ale... To wygląda na inwazję. Ruszajcie dupska.
Krzyki z dołu wezbrały na sile. Young zaczął się niepokoić. Żniwiarze lądują, nie ma już czasu.
- Słuchaj, Oriana. Dostaliśmy taki rozkaz. Nie chcemy używać siły, ale jeśli nas do tego zmusisz, zrobimy to.

W chwili milczenia, która nastąpiła po tych słowach, na parterze nastąpiła seria wystrzałów. Z półmroku, spod jednej ze ścian, wyskoczyła młoda dziewczyna, odpychając Toma i biegnąc w stronę drabinki. Spróbował ją złapać, ale nie zdołał. Zeszła w dół, zanim Young zdążył się pozbierać. Ruszył za nią, ale była wręcz nadludzko szybka. Po kilku sekundach sam był na parterze. Pavel stał, tępo patrząc się na kanapę, na której leżał zastrzelony mężczyzna, przybrany ojciec Oriany. U jego nóg leżała sama Oriana, płacząc nad jego martwym już ciałem. Matka i syn siedzieli na podłodze. Kobieta ściskała głowę chłopca, próbując odwrócić go od makabrycznego obrazu rozstrzelanego ojca, niemal go przy tym dusząc. Fish wyrzucił z pistoletu pochłaniacz ciepła, beznamiętnie zastępując go nowym. Ten mężczyzna z pewnością nie był pierwszym człowiekiem, którego zabił. Young nie był tym zaskoczony.
- Jak mogłeś?! Jak mogłeś?! - krzyknęła młoda Lawson, rzucając się z pięściami na Fisha. Ten spoliczkował ją z całej siły, sprawiając, że wylądowała na szklanym stole, rozbijając go w drobny mak.
- Fish! - wydarł się Tom, podbiegając do dziewczyny i pomagając jej wstać. - Coś ty narobił?!
- Milcz, Young! Nie zrozumiałeś rozkazów. Nie mogliśmy jej znaleźć, a miało być "za wszelką cenę", tak? No to cena życia tego faceta wystarczyła. Ciesz się, że synuś i mamusia jeszcze trochę pożyją. Pożyją?
Pytanie skierował w stronę Oriany. Pavel wciąż stał sztywno, wpatrzony tępym wzrokiem w trupa. Nie odzywał się. Young pomógł Orianie wstać.
- Pójdę... - powiedziała przez łzy. - Tylko nie róbcie już nikomu krzywdy, błagam...
W tej chwili wzrok Toma spotkał się z oczami Fisha. Dowódcy zdawało się, że widzi w spojrzeniu podwładnego wrogość, wręcz nienawiść, ale nie przejmował się tym. Misja została wykonana. Trzeba jeszcze tylko wrócić. Dowódca przyłożył dłoń do ucha.
- Welsh. Gotowy do odlotu?
- Mówiłem, ruszajcie dupska, bo za kilkanaście minut Ilium zostanie zmiażdżone.
Fish złapał Orianę pod rękę, ostro, gwałtownie ciągnąc ją w stronę Kodiaka. Pavel poszedł tuż za nimi. Tom odwrócił się w drzwiach w stronę kobiety i dziecka, którzy wciąż leżeli na podłodze. Kałuża krwi jej męża dotarła do stóp żony.
- Powodzenia i... przepraszam - powiedział Young, spuścił głowę i odszedł w stronę ogrodu.

V


W promie panowała cisza przerywana łkaniem Oriany, która wycierała łzy w rękaw ubrudzony krwią jej przybranego ojca. Tom zawiesił wzrok na podłodze. Starał się nie myśleć, ale nie mógł wyrzucić z oczu obrazu matki i dziecka leżących w kałuży krwi męża, ojca. Zrobili coś podłego, on w tym uczestniczył i czuł się winny. Czuł się źle. Pavel nie spuszczał wzroku z Oriany, ale też nie odezwał się ani słowem. Chłopak zdawał się mniej roztrzęsiony, niż zdaniem Toma być powinien. Teraz patrzył na zakrwawiony rękaw Oriany, jakby zmuszając się do tego. Jakby chciał przyzwyczaić swoje oczy do tego widoku, spodziewając się, że jeszcze wiele krwi zobaczą i sami przeleją. Po kilku minutach lotu z prędkością nadświetlną, z kabiny wyszedł Welsh:
- Dobra - powiedział - autopilot załączony. Więc może w końcu mi ktoś powie, co tam się działo, do cholery?
- Misja wykonana - szybko odparł Fish. - Facet wyciągnął zza kanapy broń i zamierzył się w... - rozejrzał się szybko - w Pavla. Zdążyłem wyciągnąć swój pistolet i wpakowałem w niego serię.
Wszyscy zwrócili swoje oczy na Fisha.
- Pieprzony kłamca! - krzyknęła Oriana.
- Przecież ten facet nie miał broni - Pavel zdziwił się.
- Miał broń i to właśnie wyląduje w waszych raportach, o ile w ogóle ktoś będzie chciał się dowiedzieć, co macie do powiedzenia. Zrozumiano?
Tom i Jake spojrzeli na siebie. Cała grupa milczała. Tylko Oriana ponownie powiedziała, tym razem szeptem:
- Pieprzony kłamca...
- Pytam, czy zrozumiano?
- Tak - odrzekł Pavel, kiwając głową twierdząco. Young i Welsh milczeli, ale jedna odpowiedź usatysfakcjonowała Fisha. Grupa Achilles była w drodze powrotnej do Sanktuarium.

-------------------------------------
Udało się. Dziękuję Wam za słowa zachęty, bo mocno mi pomogły, by przelać ten odcinek na wordpada. Jest nieco inny niż poprzednie. Trochę mocniej koncentruje się na myślach bohaterów, ciekawe, jak wyszło. Bardzo mnie interesują Wasze opinie, również w kwestii jak poszedł mi powrót do historii Toma Younga. Jest interesująco? A może też jak podoba się zarys postaci Jake'a? Noo w każdym razie będę wdzięczny za wszelkie przemyślenia :)

_________________
Mój blog z opowiadaniami w uniwersach ME, TES i innych
Mój Youtube


Ostatnio edytowano 10 kwi 2014, 16:54 przez dikajos, łącznie edytowano 3 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Filmiki i twórczość fanów
PostNapisane: 10 kwi 2014, 13:55 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lut 2012, 18:32
Posty: 695
Lokalizacja: Knurów
Gra w: ME, AC, NfS
Spoiler:

Opis Welsha jest świetny, takie niemal streszczenie innego, równie ciekawego opowiadania :) Sama postać interesująca. Tylko ten jego opis wydaje mi się taki trochę oderwany, jak nagle wklejony fragment czegoś innego do Twojego opowiadania. Może to przez długość i brak lepszego wkomponowania w tekst? Nie wiem, niemniej fajnie ten opis Ci wyszedł.

Ogólne odczucie: cieszę się wielce, że dowiedzieliśmy się co dalej z Tomem. Jego dalsze losy zapowiadają się ciekawie, na dodatek odmiennie od Michaela. Przyznam się jeszcze, że jak czytałam ten odcinek, to towarzyszyły mi dwie rzeczy: po pierwsze uczucie, jakbym czytała książkę nie amatora, a zawodowego pisarza (to jeden z najlepiej napisanych przez Ciebie odcinków, jeśli nie najlepszy), po drugie wizja plakatu/okładki do książki pod tytułem "Siła wiary". Lub filmu. Bardzo podoba mi się Twój styl pisania, na dodatek w tym odcinku było chyba najmniej błędów/uwag których udało mi się wyłapać.
Czekam na odcinek kolejny.
I dziękuję za, co najmniej, +40 do weny na kontynuowanie "Larissy" ^^

_________________
A życie? Życie będzie toczyć się dalej, bez względu na to co zyskamy, a co stracimy..

Zrozum różnicę między "bynajmniej" a "przynajmniej" i dopiero wtedy używaj tych słów!


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Napisz wątekOdpowiedz Strona 117 z 120   [ Posty: 1194 ]
Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 114, 115, 116, 117, 118, 119, 120  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  


Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Style by Daniel St. Jules