Teraz jest 20 lis 2018, 12:01


Napisz wątekOdpowiedz Strona 1 z 1   [ Posty: 1 ]
Autor Wiadomość
 Tytuł: Fanfiction "Bosh'tet z Andromedy"
PostNapisane: 07 lut 2018, 19:18 
Adept analogów
Adept analogów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 28 lut 2014, 15:31
Posty: 297
"Bosh'tet z Andromedy"


W 2288 roku galaktyczna społeczność otrząsała się po największej wojnie w swej historii. Rasa maszyn zwanych Żniwiarzami, stworzona przez skretyniałych i naiwnych Lewiatanów, kałamarnicowate inteligentne istoty, w końcu, po milionach lat, dostała łupnia. Gospodarka była w ruinie, na wielu planetach zapanowała epoka polimeru łupanego, trupy szły w dziesiątki miliardów. Brak środków do życia nie sprzyjał utrzymaniu koalicji. Państwa, rasy, organizacje, sekty, zjednoczone wizją totalnej anihilacji dla kromki chleba i szklanki rynkolu zapominały o tym, co je łączy, zaś przypominały sobie co je dzieli.
Krogańce, wściekli za sabotaż leku na genofagium, pałali żądzą zemsty na ludziach, salarianach i turianach, adnako, ponosząc straszliwe straty podczas Galaktycznej Smuty, nie mieli dość siły żywej iżby pomsty dokonać. Wycofali się zatem na swą rodzinną planetę, Tuczankę, zniszczoną przez nich samych na długo przez Inwazją. Odrzucając jakiekolwiek próby pomocy, trzeci miesiąc wiedli podły plemienny żywot w starożytnych radioaktywnych gruzach skazując się na zatracenie przez ciągłe lokalne walki o koryto. Miną wieki nim osiągną liczebność sprzed Inwazji, o ile do tego czasu do reszty się nie wytłuką.
Asari, niegdyś dumne i wyniosłe niebieskie striptizerki, którym cycki rosną całe życie, obecnie złamane, z nosami opuszczonymi na kwintę ciężko znosiły niedawną lekcję pokory. Całe kolonie niebieskich cycków migrowało na ojczystą (matczyną?) Thessię wynosząc z ruin niegdyś najbardziej zaawansowaną rasę galaktyki. Jak się okazało wymądrzanie się i kręcenie tyłkiem niezbyt podziałało na Żniwiarzy, za to było tam największe stężenie cycków na metr kwadratowy w całej galaktyce.
Przymierze Układów i Hierarchia Turian wyrastały na przewodnią siłę Drogi Mlicznej, w wielu miejscach przywrócono bieżącą wodę i prąd, fabryki ruszyły, zaś dwie najgroźniejsze floty Trawersu dawały wspaniały przykład lojalności i współpracy, których zabrakło innym rasom na początku wojny, za co wkrótce zapłacili wszyscy. Wraz z gethami i quarianami, dwiema kolejnymi międzygwiezdnymi potęgami, tworzyli podwaliny pod nową koalicję, marginalizującą salarian i asari.
Na pokładzie fregaty Przymierza Normandia SR-2 trzeci miesiąc panowała sielankowa atmosfera. Rok galaktycznej wojny o przetrwanie nawet na stalowych przecież nerwach zawodowców odcisnął swe piętno. Admirał Hackett, główny dowódca Przymierza Układów, na prośbę załogi owej fregaty-bohatera, wysłał Normandię na "zwiad dalekiego zasięgu", w skrócie ZDZ. W praktyce latali gdzie chcieli i kiedy chcieli, donosząc o aktywności w sektorach, za to byli z dala od zgiełku zidiociałych mediów i nachalnych fanów. Oczywiście nie wszyscy; część dostała swoje przydziały, inni poświęcili się odbudowie, a jeszcze innych wciągnęło politykowanie. Niektórzy wrócili do tego, co kochali robić przed wojną, inni dopiero to odkrywali.
- Muehehe – zarżał przez sen biały facet po trzydziestce, poryty brzydkimi bliznami, zwykłymi i cybernetycznymi, o licu surowym i z jasnym włosem równo podgolonym na skalpie. Surowe oblicze zdradzało znajomość śmierci, zaś ciało jakby zrodzone do noszenia ciężkiego pancerza było. Parsknął tak nagle, aż sam się zbudził.
Okryta fioletowym kocem w białe esy-floresy i czarnym polarem quarianka, z kapturem na głowie, lecz bez maski, uniosła ciekawie wzrok błyskając fosforyzującymi oczyma. Jej ładna, gładka twarz zdradzała poczucie humoru i wysoką inteligencję. Była quarianką, kosmicznym wyrzutkiem przygarniętym na nowo w Przestrzeni Cytadeli. W trójpalczastej dłoni dzierżyła holoksiążkę, "Quariańskie dzieje kontaktów z ludzkością", napisaną przez Kanntora'Dollara vas Belizariusz Skarpeta pięć lat wcześniej. Zawierała jedno: niewiele gdyż i kontaktami historia nie obrodziła, z czego najgłębszy:> utrzymywała obecna tu dwójka humanoidów.
Poznali się w Mgławicy Węża, w slamsach Cytadeli, w jednym z najbardziej plugawych zakamarów tego kolosa, który niedawno wrócił z Układu Słonecznego na swoje miejsce w kosmosie. Ona miała to, co nie trza, a on wtykał nos tam gdzie nie trza. "Niezłe siodło", pomyślał komandor, widząc ją pierwszy raz, automatycznie kierując wzrok niżej, ku dolnym okręgom. W huku granatów, łupania Modliszki, terkotu Lansjera i gardłowego rąbania podrasowanej Katany skasowali najemników, dosłownie szmacąc ich gradem pocisków, a w bryzgach krwi i tkanki, wśród rykoszetów odłupanych polimerów stwierdził iż dłuuuugonoga dziewka, choć nie człowiek, pięknie obchodzi się ze strzelbą. Będąc trepem do szpiku kości nic go tak nie kręciło jak wesołe dziewczyny z giwerami. Szybko wyszło na jaw iż jest też trochę naiwna, nieśmiała i raczej kujonka. Mieszanka piorunująca. Potem poszło z górki: pierwej przyjaźń, potem bzykanko, a pomiędzy trwająca dwa lata śmierć. Ich rodzinne planety były na przeciwnych biegunach galaktyki, a mimo to oboje czuli, iż są dla siebie stworzeni.
- Strzelbę za twe myśli – rzekła miękkim głosem z silnym prowincjonalnym akcentem, który zawsze kojarzył się Shepardowi "chodźta, dajta".
- He, przyśniło mi się jak po naszej przemiłej wizycie we Flocie żeś się pociła jak krogański pedofil w przedszkolu asari bo chyba odkryłaś iż często gapię ci się na tyłek.
- Akurat to wiem od pierwszego spotkania. - Wolnym ruchem założyła nogę na nogę; poły koca rozsunęły się na boki.
Czerwone kaprawe ślipia i gęba z lubieżnym szyderczym uśmiechem rozjarzyły się z zachwytu, zaś jego prywatne działo Thanix robiło się gotowe. Właśnie, trza iść na strzelnicę, pomyślał.
- Wiem... Znaczy nie wiem... Znaczy jest bzykanko ale nie zawsze – przedrzeźniał ją. - Jak to się stało że o tym rozmawiamy?
- Ciesz się że przed samobójką nie odwiedził cię ohydny potwór z mackami – Tali uśmiechnęła się, szczerząc białe zęby, trochu drobniejsze niźli ludzkie. Podała mu nogę, którą pogładził leniwie.
- Zróbmy sobie dziecko. - Wypalił ni z dupy ni z pietruszki.
Dziewkę zamurowało tak, że aż zapomniała zamknąć buzię.
- Poprośmy Mordina aby złożył z naszego DNA hybrydę, człekoquariana. Quarwieka.
Wstrząsana wewnętrzymi skurczami, wybuchnęła perlistym rechotem.
- Hahahaha! Hahahaha! Hahahaaha ha-ha-ha ohuhuhuhu ahahahahaha! - Desperacko próbowała zaczerpnąć powietrza zwijając się w fotelu. Jej wesołość skrzyła się w uszach niby srebrne dzwonki. - Hahahahaha!
- Tylko jak go nazwiemy? - zastanawiał się, a z rozbawienia gęba jego wyglądała jakby lada chwila miała się rozpaść.
- Quarshepard Zorahowicz.
Jak zwykle w takich sytuacjach EDI przekłuła bańkę nastroju.
- Shepard – rozbrzmiał syntetyczny głos – oficer Traynor powiesiła się pod prysznicem.
- ŻE CO?! - zakrzyknęli jednocześnie Tali i Shepard.
- To był żart. Dostosowałam mój awatar humoru zmaterializowany w niematerialnej tkance wirtualnej rzeczywistości do obecnie panującego w tej kajucie.
- EDI – warknął komandor. - Powiedz, że tylko dla tej radosnej nowiny nam przerywasz a osobiście wezmę Caina i przypierdolę zeń w serwerownię.
- Przepraszam. Oficer Traynor natknęła się na sygnaturę niezydin... niezdeinfiko... nieznanego statku gwiezdnego wielkości pancernika Mount Everest. Tożsamość: brak przynależności do żadnej znanej cywilizacji.
Tali i Shepard popatrzyli po sobie. Nie potrzebowali słów.
- EDI, zaraz będę na mostku. Wyznacz kurs!
Niczym drapieżny ptak, którego przypominała, Normandia przecinała kosmiczną pustkę gromady Artemis Tau ku tajemniczemu bolidowi na skraju galaktyki. Czas T minus 4 godziny. Na pokładzie zapanowało podniecenie. Trzy miesiące bez walki, trzy miesiące spokoju, aże ten i ów nudzić się począł, a nowi narzekali pod nosem, iż służą pod komandorem Shepardem, a tu jakieś głupie patrole i pomoce charytatywne. Wizyta tu, tam, siam, sram. Już by i zwalczanie piractwa gęsto się pleniącego było jakąś namiastką przygody, bo stara wrogość między Przestrzenią Cytadeli a Układami Terminusa kwitła w najlepsze niewiele więcej niźli tydzień po pokonaniu Żniwiarzy.
- I? - Spytała Tali gdy wrócił do kajuty. Kończyła wkładać kombinezon. Z zadowoleniem zauważył iż to ten czarno-złoty, w którym jej nogi i dupa wyglądały obłędnie i grube uda nie rzucały się tak w oczy.
- I super – odparł zadowolony i pocałował ją w blady, w kilku miejscach przecięty cybernetycznymi żyłkami impantów policzek. Wielkie łapsko wylądowało na jej sprężystym pośladku. Cieszyło go iż odporność na tyle miała poprawioną iż śmiało mogła paradować po Normandii nawet nago bez ryzyka infekcji. Jednak nigdy nie wychodziła z kajuty bez kombinezonu i maski. Tak miała od młodości w dekiel wbite, iż trza nawet jak nie trza to i tak ją zakładała, i w zasadzie tylko przy Shepardzie paradowała bez (majtek). Co to indoktrynacja może zrobić z człekiem.
- Mrrr, bo się podniecę – zaszczebiotała zalotnie. - Idę przygotować gethówkę.
Tak mówiła na swą ulubioną giwerę: plazmową strzelbę gethów.
Nie zostawiaj mnie...
Mam już dom...
Bolesny cień przemknął przez kaprawe ślipia.
- W zasadzie to miałem zamiar iść z paroma marines. Niech się uczą gołowąsy.
- Co?!
Patrzyła mu teraz prosto w oczy, gorejąc srebrzystym gniewem.
- To zwykły zwiad...
- Keelah, Shepard! Byłam przy tobie podczas walki z tym bosh'tetem Suwerenem... Byłam w bazie Zbieraczy, biegłam razem z tobą do promienia na Cytadelę... A teraz nie weźmiesz mnie na zwykły zwiad?!
Nie zostawiaj mnie...
- Właśnie... - przełknął ślinę. - Właśnie dlatego. Nie narażę cię kolejny raz! Nie mogę... Ledwie się wykurowałaś, miesiąc łaziłaś z gorączką, kurczę, pierwszy tydzień nie wiadomo było czy wydobrzejesz...
- Czy to nie ludzkie powiedzenie: co mnie wzmocni to mnie nie zabije? Cztery lata temu twoje kichnięcie mogło mnie zabić! A teraz stoję tu, bez tego bosh'tetowego hełmu, czując na twarzy twój oddech i czuję się wspaniale! Poza tym samowolnie wciągnąłeś mnie w struktury ludzkiej floty. To zobowiązuje. Honorowy porucznik Przymierza Tali Zorah vas Normandia gotowa do akcji, sir! - zasalutowała służbiście.
Roześmiał się mimowolnie. Wyrzucał ludzi przez okna, rozstrzeliwał, był wredny, opryskliwy i uszczypliwy, życie nie znaczyło dlań nic. Jeśli miał do wyboru utłuc kogoś a darować życie zawsze wybierał to pierwsze. Jeśli się decydował na drugie, to jeno pod kątem ewentualnej przydatności, jak podczas ocalenia królowej raknii, i to dwa razy. Co prawda potrzebował mięcha armatniego, ale zawsze mógł zabić. Ba, podczas pierwszych wizyt na Cytadeli nie znosił obcych, ledwie się odnalazł wychodząc na deptak, mijany przez te wszystkie dziwaczne pokraki w ubraniach. Miał ochotę zdjąć z ramienia Lansjera i posłać do piachu każdego napotkanego obcego, a potem wrócić na Normandię i odlecieć gdzieś w siną dal. Zaskakujące, jak turiański Brudny Harry (albo raczej Brudny Garrus) i naiwna quariańska pielgrzymka... pielgrzymowiczka? zmieniły jego punkt widzenia. Teraz Garrus Vakarian prymarchował na Palavenie, tęskniąc okrutnie za "starymi dobrymi czasami". Z towarzyszy broni pozostała jeno Tali, rezygnując nawet z posady admirała na rzecz ambasadora, bo serdecznie dość miała użerania się ze starymi zgorzkniałymi dziadami w rządzie swej ojczystej planety.
Wróć do mnie.
Poczuł jak jego syntetyczne serce ponownie miażdży wielka dłoń.
- W takim razie odmaszerować, poruczniku.
Odprowadził ją zasępionym spojrzeniem po czym, słysząc szum odjeżdżającej windy, zaklął głośno i trachnął pięścią w stół, aż Udina się przestraszył.
- AAAAARRRRR! - wrzasnęła głowa huska, pieszczotliwie nazywana Udiną po słynnym ludzkim zdrajcy. Ukradł ją z domu pewnego naukowca. Chłop i tak nie żyje i nikt nie zgłosił pretensji o zgubę. Tali jej nie znosiła ale Shepard ją uwielbiał przeto się umówili iż może zostać atoli nie będzie jej aktywował przy niej. Raz jeno, jak się spili przy oglądaniu "Terminator kontra Blastorator", niechając nudnego widziadła, Tali nałożyła maskę na ten durny łeb, a potem to już z górki. Ubierali ów czerep w różne czapki, karton, hełmy, a gdy odkryli iż pod wodą też działa, i do tego zabawnie bulgocze, rżeli jak bachory. Obecnie Udina miał na sobie czarne koronkowe damskie majtki.
Kwadrans później zebrali się w pokoju narad.
- Jasna dupa, to obcy statek chuj-wi-skąd – oznajmił sierżant Kowalski, jeden z nowych.
- EDI? - Shepard spojrzał na srebrzystego syntetyka z doskonale amortyzowanymi zderzakami z przodu oraz lukiem bagażowym z tyłu. - Czemu wszystkie laski na Normandii mają duże tyłki?
Stojąca obok Tali ukradkiem kopnęła go z wyrzutem.
- Shepard, załogę dobiera dowódca. - Upomniała go EDI. - Widocznie twoje preferencje co do żeńskiej części załogi faworyzują duże tyłki.
- Khem – komandór łypnął na miss vas Normandia. - To co z tym gównem?
- Sygnatura tego statku nie odpowiada sygnaturze żadnej rasy w tej galaktyce. Jednakże odczyty sugerują, iż jest to obiekt wielce starożytny, zaś najbardziej prawdopodobnym miejscem startu jest... Galaktyka Andromedy. Przy tej prędkości musiałby lecieć jakieś osiem milionów lat.
- Keelah! - westchnęła Tali.
Kowalski otworzył japę a Shepard podrapał się w zadumie po karku.
- To dopiero spotkanie z obcą cywilizacją. Traynor, EDI, zdobądźcie jak najwięcej info o tym obcym badziewiu. Kowalski! Weź dwóch, jeden z ogniomiotem. Od czasu kosiarek nie ufam niczemu co fruwa kilka milionów lat i wygląda jak gówno.
- Robi się, sir! - barczysty Polak, który na Ziemi wsławił się zabiciem brutala młotem kamieniarskim zasalutował i odmaszerował nawołując przez interkom swoich podwładnych.
Komandor strzelił palcami i popatrzył na quariankę. Bardziej wyczuł niż zobaczył iż się uśmiecha.
Mam już dom...
Odszedł bez słowa, pogrążony w ponurych myślach. Nawet nie zauważył kiedy znalazł się w zbrojowni. Stojąc przez osobistą szafą z arsenałem, poczuł spływający nań spokój. Pogładził Walkirię z termowizją, dotknął Patroszyciela z modyfikacją rozszarpującą... Pieszczotliwie zdjął z mocowań swój ulubiony peem, Huragan, zdolnym przebijać ściany, oraz sięgnął do paska muskając ukochanego Orła, automatyczny pistolet, który nie raz uratował mu życie. Ten konkretny egzemplarz miał od samego początku wojny i zwał się Peggy. Pozostała kwestia głównej giwery. Zdecydował się na M-47 Gladius, ciężki karabin szturmowy, idealny do zamkniętych pomieszczeń. Prezent od majora Kaidana Alenki, Widma prowadzącego obecnie biotyczne szkolenia polowe na terenach zagrożonych najazdami piratów. Ów ciężki automat doskonale się spisał w finałowym szturmie na Londyn.
Nie zostawiaj mnie...
Drgnął, zaciskając kurczowo powieki; powoli zaczerpnął głęboko powietrza. Odetchnął kilka razy nim się wyprostował i przetarł ślipia.
- Komandorze, za pół godziny jesteśmy na miejscu.
- Przyjąłem. Oddział desantowy, dupska do promu!
Sam, odziany w szaroczarny pancerz bojowy oficera marynarki, z ulepszeniami Hahne-Kedar pomaszerował na mostek gdzie Joker, słynny pilot Normandii, który po wiórkach kokosowych potrafił wypierdzieć dziurę w kadłubie, właśnie oglądał wyświetlony na hologramie obiekt.
- Spójrz, komandorze – zagaił wesoło. - To coś wygląda jakby dziecko kroganina i raknii napiło się turiańskiej whisky i w radosnym amoku próbowało ułożyć z klocków salariański pancernik.
- Dziecko kroganina i raknii nie mogłoby pić turiańskiej whisky, Jeff – wtrąciła się EDI.
- Taa, jeszcze mi powiedz, że hybryda Tali i Sheparda byłaby... prostoskrętna.
- Faktycznie gówniano to wygląda. - Mruknął komandor, łypiąc podejrzliwie na przez słabość konstrukcyjną: okno.
Dołączyła do nich Tali.
- Na żywo to coś wygląda jak bosh'tet po lobotomii – brzmiały jej pierwsze słowa.
- Okej, zgadzamy się wszyscy co to tego iż gówniana to rzecz. EDI, jak odczyty?
- Wykrywam słabe ślady życia na całym statku. Są nieruchome, prawdopodobnie kapsuły hibernacyjne. Zachowajcie ostrożność.
Obcy, nawet jak na standardy Drogi Mlicznej, wehikuł dryfował jednostajnie z niewielką prędkością połowy prędkości światła będąc na kolizyjnym kursie z Illium za niespełna sto tysięcy lat. Dziwnie prosty i pokręcony, jakby organiczne przemienione w krystaliczne, wyhodowany w szklarnii a potem transmutowany w maszynę. Niepokój jakiś się sączył z tej krypy, jakby otoczona była barierą strachu. Ignorując odczucia dostali się do środka przez luk towarowy.
Statek był martwy. Napęd nie dawał żadnych odczytów, nie było światła. W powietrzu dryfował kurz. Cała konstrukcja trzeszczała od czasu do czasu jakby jęczące demony ziewały z rana. Choć nikt się nie przyznał, ale wszyscy poczuli się dziwnie nieswojo. Sunąc naprzód pustym korytarzem rozglądali sie czujnie na boki. Tali tradycyjnie osłaniała tyłek swemu ukochanemu, on zaś był gotów rozpieprzyć wszystko co stanie im na drodze. Trójka marines osłaniała flanki.
- Shepard – ozwała się EDI – za załomem jest zamknięta gródź, a za nią pomieszczenie z kapsułami.
- Przydałby się archeolog. Gdzie jesteś Liara jak cię potrzeba?
- Od miesiąca siedzi z Javikiem na Ilos, pamiętasz? - przypomniała mu Tali. - Może niedługo doczekamy się małych niebieskich proteaninków... proteanków... jak zwał tak zwał.
- Wspólne pisanie książek to bardzo zbliżające zajęcie, jak sądzę – mruknął Shepard.
Nie zostawiaj mnie...
- Bardziej niż penetrowanie opuszczonych statków? - spytała zalotnie.
- Na pewno mniej niż penetrowanie zawartości quariańskich kombinezonów – odparł złośliwie.
- Hmm, mam wpuścić tam getha?
- Trójkąt z behemotem absolutnie mnie nie interesuje, panno vas Normandia.
- Może niedługo "pani"?
- Yyy... pogadamy później.
Mam już dom...
Stanęli przez zatrzaśniętą grodzią.
- Tali, zdołasz to otworzyć?
- Moment.
Podeszła do zgasłego panelu z prymitywnymi przełącznikami. Próbowała podłączyć omni-klucz, przekierowywała zasilanie, nic to nie dało.
- Bosh'tet!
Na domiar złego panowała w tym grobowcu niezdrowa atmosfera, sącząca jad i zwątpienie w serca i umysły. Żołnierze rozglądali się nerwowo.
- Kowalski! Wracajcie po Hydrę. Nie rozdzielajcie się, nie podoba mi się ten gówniany wrak. Ja i Tali przypilnujemy tego burdelu.
Rozglądali się czujnie.
- Boję się – szepnęła dziewka. - Jest tu... dziwnie.
- Jest – przytaknął komandór. - Zbadamy co się da i wypierdalamy stąd w cholerę.
Tali przysunęła się do Sheparda, dzierżąc narychtowaną gethówkę.
- Shepard – ozwała się EDI. - Coś blokuje moje skanery. Nie widzę ani ciebie ani <zzzz> komó<zzzzzzzz> ...rnacyjnych. <zzzzzzzz> <szszszszhahaszszszsz>
- EDI! EDI kurczę! Cortez!
Zgrzyt za plecami sprawił, iż obrócił się na pięcie z wycelowanym Gladiusem, a Tali zakrzyknęła "OCH!", podskakując jednocześnie.
- Keelah...
Przeklęta gródź się podnosiła, za to inna z rumorem odcięła im drogę odwrotu. Zawodzący jęk protestu przeszył starożytny korytarz. Po bokach biegły nawy zakryte zasłonami od tysięcy, a może milionów lat falującymi bez udziału grawitacji. Kiedy ostatnio żywa istota szła tym korytarzem? Milion? Pięć milionów? Latarki rzucały upiorne cienie.
- Kowalski!
- <wzzzt> Sir! Zgubili<szszsz> ...ę.
- Jak to się kurczę zgubiliście?! - warknął Shepard. - W prostym korytarzu?
- Wtedy był <wszszszsz> ...sty... tera <szszsz> ...kręca. <wszszszszsz> ...owrót.
- Kowalski! Wracajcie do promu. Powtarzam! Wracajcie do promu! Znajdziemy inne wyjście. Bez odbioru!
- <szszsz> ...ąłem, sir! <szszszsz>
Komandor, wiedzony ciekawością, zajrzał za pierwszą lepszą kotarę i poczuł gorące zimno biegnące wzdłuż kręgosłupa. Trupy! Zmumifikowane trupy humanoidów, wzrostem jak ludzie, jeno obciągnięte pergaminem czaszki niższe były, za to szersze, każda bez wyjątku z wielkim haczykowatym kinolem jak hamulec od karuzeli. Leżały wszędzie, na piętrowych pryczach, na podłodze, niektóre splątane ze sobą w jakiejś rytualnej orgii. Dziesiątki mumii w ośmiu nawach.
- Keelah, to kraina umarłych – Tali aż się wzdrygnęła.
Kolejna gródź, tym razem otwarta. I tak nie mieli innego wyjścia niźli przeć przed siebie długim korytarzem.
Ostroźnie przestępowali między truchłami, zmierzając do klatki schodowej bo pobliska winda nie działała.
- Przypomnij mi żeby na Normandii wstawić schody miast windy – mruknął Shep.
- Wstaw schody miast windy – odrzekła quarianka z głosem pełnym nerwowego napięcia.
- Później!
- Wiem, to był żart desperacji – szeptała. - Trochę się boję.
- Fakt, jest tu dość chujowo – zaśmiał się pod nosem. - Myślałem, że po Żniwiarzach ni ma nic co by mnie mogło zaniepokoić.
Wróć do mnie.
Stos ciał niemal zagradzał całe przejście, jak złóg cholesterolu w żyle grubasa. Drapieżne, czteropalczaste łapy sterczały na wszystkie strony. Jedna, przysiągłby, poruszyła się gdy przeciskał się bokiem, trąc plecami o ścianę. Ostrożnie, z gorączkowym pośpiechem, Tali poszła w ślad za Shepardem.
Sękata łapa zacisnęła palce na opancerzonym bucie. Quarianka wrzasnęła, klnąc, nie mogąc w ciasnocie użyć strzelby. Inne szpony, szeleszcząc niepokojąco i skrzypiąc próbowały zacisnąć się na ciele, które tylko Shepard miał prawo ściskać.
- POMOCY!!!
Szatkując kłąb z Huragana z amunicją wybuchową, wolną rękę podał Iskierce, jak to gadał Vega. Wyszarpnął ją ze stęknięciem. Na koniec odbiegli kawałek i posłał na pożegnanie granat, który rozsiał towarzystwo po okolicy.
- Nic ci nie jest?
Pokręciła głową.
- Musimy iść – podał jej rękę i pomógł wstać. Żałowali gethówki, która została na pobojowisku.
- Sh...shepard – Tali nagle położyła rękę na pancernym ramieniu. Drżała. - Bo-boję się.
- Rozpierdolim to zdegenerowacenie, kochanie – przytulił ją mocno. Czuł, że dziewka przekracza punkt bez powrotu.
Wróć do mnie.
- Sz...szczękkają mmi zzęby... N-nie mmogę t-tego po-ppowstrzy-ymać.
Mam już dom.
Mumie... ŻYWE mumie. Brrr... Co za mordy, nawet po śmierci zakazane! To już batariańce lepiej wyglądają...
- Hej – potrząsnął dziewką, zmuszając by patrzyła nań. - Jesteś moją ukochaną i rozpruję gardło każdemu skurwysyństwu jakie napotkam na tej pierdolonej łajbie! Słyszysz?
W końcu się uspokoiła. Nigdy nie widział jej tak wystraszonej i nie pamiętał iżby kiedykolwiek była choćby w pobliżu paniki, może za wyjątkiem chwli kiedy znalazła zwłoki własnego ojca. Zszargane wojną nerwy teraz dawały o sobie znać.
Krążyli dwie godziny, omijając walające się wokół trupy-nietrupy aż natrafili na coś w stylu sterówki. I tu były dwa suchelce przeto Shepard profilaktycznie potrzaskał im łapska i łby, a potem odrzucił w kąt.
- Musi tu być jakiś nadajnik. - rzekła fachowo Tali, przyglądając się obco wyglądającemu kokpitowi. - Jeśli tylko przytrzymasz mnie z daleka od trupów...
Roześmiał się, patrząc na nią z zachwytem. I znowu jakby ogromna mściwa pięść ścisnęła go za serce.
Nie zostawiaj mnie!
Potrząsnął łbem i wziął z kąta jednego suchelca. Tytanowym bagnetem rozpruł obsuszony kałdun i zaklął, czując jak ostrze wchodzi w miękką tkankę!
- kurczę. Iskra? Jak ci idzie?
- Już kończę, Loco. Daj mi pięć a będziemy mieli połączenie.
Odetchnął z ulgą. Nie ma to jak najlepszy inżynier na podorędziu. Nigdy nie przepadał za biotykami. Nie sztuka umieć rzucać ludźmi siłą umysłu, sztuka to umieć naprawiać i obsługiwać techniczne ustrojstwa. Jako zadeklarowany tradycyjny trep cenił sobie jej wsparcie techniczne i plująca rakietami sondę, Chatikę vas Paus.
Rozpruta rana skleiła się pod wpływem galarety. Podejrzliwie przyjrzał się ostrzu bagnetu. To zielonkawe coś zastygało niby lepkie gluty. Tali czymś podobnym smarkała gdy miała tak zwaną reakcję alergiczną, podobnie jak Samanta Traynor bo leki alergiczne dla ludzi nie miały obecnie priorytetu produkcji. Mumia człowieka-gluta. Zastanawiał się...
Wyjrzał na korytarz, tam tego diabelstwa się walało. Brutalnie zerwał kotarę, złapał pierwszego lepszego suchelca za nogę i wrócił do sterówki. Tali podniosła głowę znad omni-klucza.
- Co ty kombinujesz? Nie chcesz chyba... Keelah... chcesz.
Owinął truchło w całun i związał jak baleron linką z nanorurek. Ten kto to rozerwie musi być co najmniej bogiem, a na żadnego znanego mu boga to coś nie wyglądało. Nawet w mitologii krogańskiej i batariańskiej nie było wszechmogącego o tak paskudnym pysku.
- Shepard, gotowe.
- EDI! Tu Shepard! Słyszysz nas?
- <bzzyt wszsz> ...yszę. Gdzie jesteście <wszszsyt>
- Na voluskiej paradzie równości!
- Wysyłam prom. Postaraj się nie wyłuskiwać volusów z ich kombinezonów drugi raz.
- Rozszczelniłeś volusa? - spytała Tali z ciekawością, łypiąc nieufnie na związany tobół.
- Długa historia. EDI! Przebijamy sie przez kadłub. Wyślij Corteza jak będziemy na zewnątrz. I dajcie im coś szczelnego. Mamy skażoną przesyłkę.
- Tak jest, Shepard.
Wycofali się na bezpieczną odległość. Quarianka za wszelką cenę omijała pojedyńcze truchła. Kucnęli za winklem. Pogrzebała w omni-kluczu i wyskoczyła stamtąd okrągła sonda z wyrzutniami rakiet.
- Naprzód, Chatika! Zrób w tej dupie jesień średniowieczności!
Sonda pognała ku sterówce i wkrótce salwa rakiet rozłupała poszycie. Próżnia brutalnie wdarła się do środka, wsysając w swe trzewia wszystko co nie przyspawane. Nagle jedyne co słyszeli to swoją własną krew krążącą w ciele oraz głosy w interkomie. Trzymany na postronku pakunek motał się dziko, aż w końcu Shepard przyciągnął go i unieruchomił pod pachą.
- Nie chciałem przeszkadzać, ale mówi się: zrobić z dupy jesień średniowiecza.
- Tak czy inaczej jest dziura – odparła Tali.
Wypłynęli w pustkę, trzymając się krawędzi wyłomu. Magnetyczne podeszwy z sykiem dotknęły poszycia. Chwilowa dezorientacja ustąpiła po odzyskaniu punktu odniesienia. Odłamki i truchła rozsypały się na wszystkie strony, kręcąc się i obijając, oddalając w nieskończoność. Małe działka Kodiaka zrobiły porządek z co większymi fragmentami.
Nigdy by się nie przyznał, nawet krojony i posypywany solą, ale coś w martwym obcym statku napawało go grozą. Jakby te zmumifikowane istoty wydzielały feromony strachu, obserwując ich w hibernacyjnym zastoju. Z ulgą weszli na pokład Kodiaka, mumię wrzucili do owalnego pojemnika, który zatrzasnął się z cichym sykiem. Kowalski i jego dwóch podopiecznych osłaniało ich odwrót. A gdy luk desantowy Normandii zamknął się za nimi komandor zdjął hełm i odetchnął głęboko. Kątem oka widział Tali z niezdrową fascynacją spoglądającą na pojemnik z obcym.
Po kompleksowej dekontaminacji Shepard pobiegł do Jokera.
- Joker! Rozpierdol tę krypę w drebiezgi!
- Się robi, komandorze.
Podwójne działa Thanix wysunęły się z kadłuba nabierając mocy. Podwójny, rozpędzony do prędkości światła snop płynnego metalu przeszył stare pudło na wylot, demolując wnętrze. Parujące ciała znikały wespół z budulcem pomieszczeń, rozrywanym i szarpanym wiązką wielu milionów stopni. Różnica temperatur rozsadzała kadłub, targany wewnętrznymi konwulsjami. Płaty poszycia tryskały w przestrzeń aż ostały się jeno kawałki wypalonego, poskręcanego szkieletu.
- Żryj, sukinsynu. Zabierz nas stąd, Joker, a potem... a niech tam, możesz se polatać gdzie chcesz.
- He, dzięki komandorze. I wiesz co? Jak zmienisz płeć i zechcesz się ze mną umówić na randkę to ja wybieram miejscówę, taką bez zombie w galarecie, okej?
- Jeśli myślisz że zostanę twoim nowym "mechem tragarzowym" to się grubo mylisz.
- Shepard, noszę Jeffa tylko wtedy kiedy wie że sam nie zdąży do toalety. To był...
- Żart, jasne.Wydało się, Joker.
- Taaa, przypomnę ci to jak znowu będziesz niósł Tali do sali wojennej.
- Zamknij się.
- Ay ay, sir.
Będąc sam wjechał na "swój" pokład. Ciężkim krokiem wlazł do środka. Tali siedziała na łóżku, w połowie rozdziana z kombinezonu, w czarnym staniku skrywającym dwa bladosinego koloru pączki. Nic jeno brać. Oglądała but i miejsca, gdzie została dotknięta paskudnym łapskiem.
Wróć do mnie.
Odłożył giwery i szybko pozbył sie pancerza nie spuszczając quarianki z oczu. Rozpuściła włosy i popatrzyła nań srebrzystymi źrenicami, ciepło sie uśmiechając. Wpatrując się w nią drgnął, gdy wstrząsnęła nim nagła niemoc, a łzy pociekły po policzkach. Pierwsze od przeszło dwudziestu lat. Klapnął ciężko na schodach z łbem schowanym w łapskach. Poczuł, że ktoś go obejmuje.
- Przepraszam – wyszeptał.
- Shepard! - ujęła jego twarz w dłonie. - Nie masz za co przepraszać!
- Za narażanie na śmiertelne niebezpieczeństwo za każdym razem jak ze mną jesteś, Tali – wyrwał się z jej objęć i zagapił w model Mako na przeciwległej ścianie. - Za bazę Zbieraczów, za Cronosa, a nade wszystko za Ziemię. Myślałem, że cię stracę. Twoje ostatnie słowa wyryły się we mnie jak proteański pierdolony nadajnik. To ty dajesz mi siłę przez ostatnie lata, a ja z tego egoistycznie korzystam posyłając ciebie na śmierć!
Rzucił bezwiednie dotąd ściskanym pochłaniaczem ciepła, aż ten pokoziołkował w proteańską sferę, ześlizgnął się i strącił z nocnego stolika kubek z niedopitą kawą. Uciszył ją widząc iż rozchylające się usta zaraz wyrzucą ze swego wnętrza potok słów.
- To, że chcę ciebie i tylko ciebie to nie tekst z kiepskiego pornosa, to prawda, klnę się na mundur. Nigdy nie będziemy mieć dzieci, nie możemy nawet jeść tych samych rzeczy... - Przysunął się i ujął jej dłonie, patrząc w szklące się duże oczy, tak obce, a tak znajome. - Jesteś aniołem, Tali, i nie zasługujesz na taki los. Dzisiaj... gdyby to coś cię skrzywdziło poświęciłbym wszystko, Normandię, załogę, przde wszystkim siebie aby cię ochronić lub pomści...
Jej wargi zatkały jego spierzchnięte usta, zaś ręce zaplotły na stwardniałym od pancerza karku.
- To ja nie powinnam świrować.
- Pierdolenie! Jesteś najodważniejszą osobą jaką znam. Jeśli ktoś ma mieć prawo do świrowania to właśnie ty.
- I to cię przez trzy miesiące tak dręczyło? Dlatego nie spałeś i myślałeś o tym wszystkim niemal bez przerwy?
- Skąd wiesz...
- Quarianka czuje takie rzeczy.
- Kocham cię, Tali Zorah vas Normandia. Nie powiedziałem ci tego w Londynie, drąc w zamian ryja jak ostatni siusiak...
- Nie musisz mówić. Ja to wiem bo jesteś mój - wyszeptała mu do ucha. Ciepły delikatny dech muskał mu kanał słuchowy. - Nawet gdybyś był złym klonem z SI Cerberusa zamiast mózgu jesteś mój. A ja jestem tylko twoja.
Ich usta się spotkały, języki zatańczyły. Miała trochę cieńszy i minimalnie dłuższy niż ludzki, atoli u zajebistej laski każdy język zajebiście smakuje. Z rozkoszą równą rostrzeliwaniu batariańca chłonął z niej prawoskrętną słodycz, do której niewielkich dawek organizm mu się przyzwyczaił i nie miał już sraczki. Tali też nie. Mieli dość czasu bo przez ostatnie miesiące praktycznie nie schodzili z pokładu. Shepard nigdy towarzyski nie był, zaś Tali jak na quariańskie standardy mogła uchodzić za outsiderkę i dziwaczkę wśród co bardziej konserwatywnych środowisk czyli między innymi całej Rady Admiralicji. Im dłużej z nim przebywała tym bardziej pozbywała się tego charakterystycznego przymusu myślenia o innych, zwłaszcza że quarianie doskonale sobie radzili na niedawno odzyskanej planecie.
Oderwali się od siebie, ciężko dysząc. Figlarny błysk przemknął przez srebrzyste śrenice i w tym samym momencie dziubnęła komandora pod żebra.
Nim zdążyła zreagować wziął ją na ręce i zaniósł do łazienki słuchając jej kryształowego chichotu. Nagle przypomniała mu się rozmowa o noszeniu do kibla i zarżał ironicznie. Zabawiali się długo i z sercem, a kiedy skończyli i Shepardowi zaburczało w brzuchu Tali zaoferowała niespodziankę kulinarną.
Czekał przeto i bawił się Peggy, od czasu do czasu drażniąc Udinę. Pomyślał o tajemniczej pokrace w ambulatorium, czekającą na wyniki badań. Zajmowali się tym EDI i doktor Chakwas.W końcu zdjął majtki z niebieskiego łba i nałożył karton z wyciętymi otworami na ślipia.
- AAAARRRR!
- Komandor Shepard proszony do kuchni.
Spodziewał się... sam nie wiedział czego. Asariańskich noworodków w cieście? Jądra varrena w panierce? Kopiec naleśników, zwykłych, ziemskich naleśników, których nie da się spieprzyć, wyglądał nader imponująco. Choć niektóre przypalone, pachniały wręcz narkotycznie. Sto lat nie jadł naleśników, a teraz serwowała je osoba, która nawet ich nie mogła spróbować. Zawinięte w rulony, w środku nadziewane jakimś dżemem z niezydy... nieznanych owoców. Obstawiałby asariański wyrób.
- Więc... - Tali swoim zwyczajem balansowała wolno biodrami, trąc ręce w zdenerwowaniu – poczytałam parę przepisów, uśredniłam proporcje...i boję się że są niedobre.
Ugryzł jednego, przeżuł raz, drugi, połknął, natychmiast wziął kolejnego kęsa.
- Mmmm...
Żarł aż mu się uszy trzęsły. Wróć: wpieprzał jak małpa kit.
- Mmmm...
Skończył pięć nim przemówił.
- Jesteś nie tylko aniołem, Tali, ale i boginią kuchni!
Wróć do mnie.
Tym razem się uśmiechnął, obejmując jej wąską kibić i przytulając się do płaskiego brzucha.
- Wróciłem – wyszeptał, czując jak opuszcza go przytłaczający, narastający od przeszło czterech miesięcy jak smród volusa depresyjny ciężar. Weteran Torfanu, Nemezis Zbieraczy i rozjebca Żniwiarzy powrócił.

_________________
https://www.youtube.com/watch?v=U1k9gqa6YG0

Shepard: Jestem prosty chłopak ze wsi. Nie wierzę w kosmitów. Wierzę w czary i zabobony.


Zgłoś ten post
Góra
 Zobacz profil  
Odpowiedz z cytatem  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Napisz wątekOdpowiedz Strona 1 z 1   [ Posty: 1 ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Możesz rozpoczynać nowe wątki
Możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  


Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Style by Daniel St. Jules