Wczytywanie
Teraz jest 27 lis 2020, 08:41


Napisz wątekOdpowiedz Strona 1 z 30   [ Posty: 298 ]
Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 30  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 28 lis 2012, 14:33 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 kwi 2012, 21:34
Posty: 6386
Gra w: W3/Gwint
*******

Krypta, a właściwie naturalna jaskinia pod wzgórzem zamkowym, pełniła kiedyś rolę świętego miejsca Słowian, widać to było wyraźnie. Potem pojawili się chrześcijanie i naprędce przerobili ją na grobowiec, pogańskiego rodowodu jednak nie udało się im zatrzeć. Tonęła w mroku. Kilka czarnych świec płonęło jedynie w pobliżu kamiennego postumentu, na którym spoczywał starannie skompletowany szkielet ludzki. Andrius Jonaitis, na co dzień sekretarz prepozyta wileńskiego, zaczynał żałować, że poniesiony ambicją, dał się w to wciągnąć. Nie pierwszy raz asystował przy nekromantycznych rytuałach swego mistrza i protektora, nadal jednak nie przyzwyczaił się do trupiej wilgoci krypty, do dziwacznych dźwięków, które wydobywały się z jej głębi, a przede wszystkim do makabrycznych obrzędów. Obserwował jak mistrz, odziany w czarną szatę z kapturem całkowicie skrywającym twarz, przygotowuje się do rytuału. Starannie wypisywał na podłodze i postumencie znaki i symbole, skomplikowane figury i litery. Następnie zaczął inkantacje, początkowo prawie niesłyszalnym szeptem, stopniowo podnosząc głos, aż do krzyku, a echo zwielokrotniało jego słowa. Szkielet oblekła czerwonawa poświata, przypominająca żar na kominku. Andrius zadrżał.
*******


Heinrich Rengenau

Na rynku wileńskim panował ruch nie do opisania. Dzwon w wieży nowiutkiego kościoła Świętego Ducha bijący na nieszpór obwieszczał, że niezwykle ciepły jak na maj dzień dobiega końca. Heinrich przystanął u wylotu ulicy Wielkiej i rozejrzał się po zatłoczonym placu. Gospoda "Pod Końskim Pyskiem", którą najemnik odkrył kilka dni temu i od tamtej pory spędzał tam większość wolnego czasu, znajdowała się dokładnie po drugiej stronie hałaśliwego kłębowiska ludzi, zwierząt i towarów. Heinrich nie miał ochoty przeciskać się przez tłum, skręcił więc w rzadziej używaną uliczkę Sawicz.
Musiał przyznać, że Wilno zawiodło go. W porównaniu do niemieckich, a nawet polskich miast było małe i nudne. Wciąż widać było wyraźne ślady po niedawnym pożarze, a to, co udało się już odbudować nie przedstawiało w większości zbyt wysokich walorów estetycznych. Wyjątkiem były jedynie kościoły, świeżo wybudowane lub będące wciąż w budowie, okazałe i projektowane na wzór najświetniejszych świątyń zachodnich. Strzeliste wieże i igrające tysiącami migotliwych barw witraże bezskutecznie starały się zaprzeczyć oczywistemu faktowi, że na Litwie chrześcijaństwo wciąż przegrywa z pogańskimi kultami Słowian.
Heinrich splunął z niezadowoleniem. Jedyne, co naprawdę się mu podobało w tym dzikim kraju to wyśmienite i tanie piwo. A najlepsze piwo podawane było właśnie w "Końskim Pysku". Było tam też nie najgorsze jedzenie i ładna kelnerka z wymownym uśmiechem. Heinrich przyśpieszył kroku. Wąska uliczka obudowana przysadzistymi, drewnianymi budynkami, gdzieniegdzie osmalonymi przez ogień nie zachęcała do spacerów. Była zupełnie pusta-nie licząc szczurów leniwie uciekających spod nóg. Z oddali dobiegało echo podniesionych głosów. Ze zdziwieniem Heinrich rozpoznał język niemiecki, i to nie ohydnie kaleczony przez Litwinów łacińsko-niemiecko-polski zlepek, ale klasyczną, nadreńską niemczyznę. Mimowolnie zaczął się przysłuchiwać.
-Jestem przedstawicielem rzymskiego papieża, nie macie prawa...
-Sram na twojego papieża, klecho. Nie chcemy tu żadnych Niemców.
-Jestem przedstawicielem... - dźwięk uderzenia.
Heinrich ostrożnie wyjrzał zza węgła. W głębi wilgotnego zaułka zobaczył dwóch mężczyzn. Okładali pięściami i kopali coś co mogłoby się wydawać szarym workiem, gdyby nie wydawane przez ów worek jęki i wykrzykiwane słowa modlitwy. Nie zauważył przy napastnikach żadnej broni, chociaż mogli mieć ukryte pod brudnym odzieniem noże, dla wprawnego wojownika nie stanowiliby jednak żadnego zagrożenia.

Mścigniewa Bełza

Energicznym krokiem przemierzała wąską uliczkę na tyłach klasztoru dominikanów. W końcu dostrzegła to, czego szukała – niewielki drewniany szyld, niemal czarny od niezliczonych deszczy oraz prawdopodobnie kilku pożarów. Widniała na nim namalowana niezbyt wprawną ręką żółta jaszczurka, pod nią zaś wiele tłumaczący napis "Apteka pod Salamandrą". Weszła do ciemnego, ciasnego, pachnącego kurzem i terpentyną pomieszczenia. Ciężki kontuar z ciemnego drewna zajmował je prawie zupełnie. Za kontuarem stał niski, przygarbiony i niemal całkiem łysy staruszek i uśmiechał się do Bełzy przyjaźnie.
-Znów przyszłaś poczytać moja droga? Wejdź, wejdź – odsunął ciężką od kurzu i wilgoci kotarę, zasłaniającą przejście za jego plecami. Trzeba przyznać, że Atanas Skema, aptekarz, nie miał pojęcia o konspiracji. Właściwie wystarczyło tylko zamienić parę miłych zdań ze staruszkiem, by sam, z własnej woli zaprosił gościa do podziwiania swego niewielkiego, ale zaskakująco bogatego księgozbioru. A poza klasycznymi i nie budzącymi podejrzeń dziełami, sporo było tu ksiąg prawdziwie niebezpiecznych. Był tam Necronomicon Abdula Alhazreda, był Grand Grimoire, było kilka ciekawych grymuarów arabskich, jak Ekrabaddin Sabura ben Sahla. Mścigniewę interesowały jednak przede wszystkim dzieła poświęcone alchemii, których w aptece było zresztą najwięcej. Przeczytała już Liber lucis Mercuriorum Rajmunda Lulla, przewertowała Heptameron Piotra di Abano. Przejrzała nawet, chociaż bez większych nadziei Azoth Basiliusa Valentinusa. Nigdzie jednak nie znalazła najmniejszej wskazówki, najdrobniejszego nawet cienia informacji, która pomogłaby jej zrozumieć dokąd udał się Basil. Nie miała wątpliwości, że jego zniknięcie związane było z jego obsesją na punkcie kamienia filozoficznego, wertowała więc alchemiczne klasyki w poszukiwaniu wiarygodnych informacji na temat tej legendarnej receptury.
Już miała się zabierać to czytania kolejnego zakurzonego tomiszcza, gdy do pokoju wszedł Atanas wraz z drugim mężczyzną, nieznanym jej przystojnym brunetem, na oko około 30 letnim, z gęstą brązową brodą i wesołym uśmiechem na ustach.
-Przedstawiam ci Jacława, znał się z Basilem w czasie studiów i być może będzie ci umiał pomóc w twoich poszukiwaniach – przedstawił go staruszek i zniknął za kotarą. Mężczyzna przez chwilę przyglądał jej się z lekko ironicznym uśmiechem i w końcu zaczął.
-Tuczyński, miło mi. Nie spodziewałem się kobiety, tym bardziej tak... uroczej. Basil ma dobry gust. Przejdźmy jednak do rzeczy. Nie jestem przekonany co do bezpieczeństwa tego miejsca. Stary dobry Atanas jest ze wszech miar godny zaufania, niemniej zbyt ufny, zbyt ufny, a ja cenię sobie moje bezpieczeństwo – błysnął zębami w łobuzerskim uśmiechu – Proponuję więc pani, jakkolwiek nieprzyzwoicie to by brzmiało, spotkanie na cmentarzu na Rybakach, powiedzmy o dziesiątej wieczorem, żebyśmy zdążyli przed godziną, hehe, duchów. Opowiem pani wszystko co wiem o Basilu, a także – przysunął twarz do jej twarzy, tak, że niemal stykali się nosami – o kamieniu filozoficznym – dodał teatralnym szeptem – Miło było poznać – zakończył i wyszedł, zostawiając osłupiałą Bełzę w pokoju.

Dominique z Saint-Amand

Litwa stanowczo nie przypadła Dominique'owi do gustu. Lasy, lasy, lasy i od czasu do czasu bagna. Oczywiście, to całkiem przydatne kiedy chce się zgubić pościg, ale po zgubieniu go chciałoby się wrócić do cywilizacji. Do miski ciepłej kaszy ze skwarkami, miękkiego łóżka i ognia na kominku. Niestety na Litwie miękkich łóżek i ciepłej kaszy było niezwykle mało, dużo było za to komarów, wilków i twardej, wilgotnej ziemi. Jakaż więc była radość Dominique'a, gdy po niemal tygodniu błąkania się po żmudzkich lasach, miast uprzykrzonego zapachu mchu i liści poczuł najprawdziwszy dym, a po niedługim czasie jego oczom ukazała się niewielka i niezbyt okazała, ale niezwykle przytulna gospoda. Nie zważając na to, że wyglądem przypominał prawdopodobnie bardziej demona Leszego niż człowieka, popędził w jej kierunku najszybciej jak na to pozwalały czepiające się ubrania zarośla. Konia zajeździł już dawno, zresztą na litewskich bezdrożach i tak nie na wiele by mu się zdał. Wnętrze było nisko sklepioną, zadymioną i zupełnie pustą salą, w której wyraźnie czuć było, że w kuchni coś się niedawno przypaliło. Dla Dominique'a nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. Mimo dotkliwie doskwierającego głodu zachował na tyle rozsądku, by usadowić się w najciemniejszym kącie, gdzie nie rzucał się w oczy, miał natomiast wyśmienity widok na całą salę. Zamówił pokaźnych rozmiarów miskę suto omaszczonej kaszy, śledzia i wspaniały, oszroniony kufel lokalnego piwa.
Kiedy do gospody weszło pięciu uzbrojonych drabów omal się nie zadławił.
Trzech rozpoznał od razu. Kunz Aulock zwany Kyrielejson, świdnicki zbój, postrach całego Śląska, stał z boku i uśmiechał się paskudnie. Ten, który wrzeszczał na karczmarza to Walter de Barby. Z boku stał jeszcze Stork z Gorgowic. Nigdzie nie widział natomiast Sybka z Kobylejgłowy, widocznie niepozorna rana biodra, którą otrzymał od Dominique'a przy ich ostatnim spotkaniu, uniemożliwiła mu kontynuowanie pościgu. Dwóch towarzyszących im oprychów wyglądało na tutejszych.
Kasza natychmiast straciła smak, na piwo nie mógł nawet spojrzeć. Odruchowo wcisnął się głębiej w kąt i pochylił nad miską, modląc się, by dym i półmrok zrobiły swoje. Karczmarz okazał się człowiekiem porządnym, za co zbóje odpłacili mu niszcząc większość talerzy i kufli. Gdy i to nie poskutkowało, wyciągnęli biedaka na środek sali i zaczęli okładać pięściami w ciężkich rękawicach. Dominique starał się nie podnosić wzroku, ale czuł, że długo nie wytrzyma. W końcu to przez niego katowano niewinnego mężczyznę.

Lidia Udrija

Od paru dni w Lidii narastał niezrozumiały niepokój. Zdawało się, jakby cały świat zmówił się, aby wpędzić ją w paranoję. W nocy męczyły ją sny pełne ognia i krwi, we dnie męczył ją Jan, który coraz częściej wspominał o tym, jak niebezpieczne prowadzi życie i że powinna być bardziej ostrożna. Męczyły ją szeptane w pośpiechu plotki, o tym, jak nowy zarządca wydał inkwizycji już trzech współpracujących z husytami rzemieślników i jednego kupca. Męczyły przynoszone przez przyjezdnych wieści o wojnach, pogromach i stosach. W końcu męczyła ją jej własna bezsilność.
Pewnego dnia zorientowała się, że Jan nie pojawiał się na jej polanie dłużej niż zwykle. Nie była w stanie dokładnie określić, ile dni minęło od kiedy widziała go po raz ostatni, ale była pewna, że co najmniej tydzień. Jan nigdy jeszcze nie znikał na więcej niż dwa – trzy dni. Właściwie nie pojawiał się od czasu, gdy zaginął mały Marciuka.
Z chłopcem w ogóle sprawa wyglądała bardzo dziwnie. Po tym jak zniknął rodzice kilkukrotnie przychodziło do Lidii prosząc o pomoc w poszukiwaniach, dziewczynie jednak ani razu nie udało się im pomóc. Za każdym razem wydawało jej się, że chłopiec jest gdzieś w pobliżu, że chce, aby go znaleźć ale nigdy nie potrafiła powiedzieć gdzie. Cała wioska, okoliczny las i pola zostały bardzo dokładnie przeszukane, nigdzie jednak nie znaleziono ani śladu dziecka. Cała sytuacja martwiła Lidię jeszcze bardziej.
W nocy dręczyły ją koszmary, w których martwy Jan kazał jej uciekać, następnie zmieniał się w martwego Marciuka, lub stawał w płomieniach. Widziała tańczące szkielety, widziała upadającego pod krzyżem Jezusa z malowideł w wioskowym kościele, widziała ludzi pożeranych przez wilki i węże. Słyszała rozpaczliwe dzwonienie dzwonów i grzmoty, tak głośne, że w końcu się obudziła. Tylko, że grzmoty nie ustawały. Dopiero po chwili zorientowała się, że ktoś wali z całej siły w drzwi jej chatki.
-Otwierać!
-Szatańskie pomioty!
-Wiemy jakie diabelstwa tam wyczyniacie! Skończyła się nasza cierpliwość!
- Skończyła! Na stos! Na stos!
Lidia nerwowo rozejrzała się po izbie, ale była pusta. Matka i babka zniknęły. Drzwi drżały niepokojąco przy każdym uderzeniu, kwestią czasu było, kiedy rozszalały tłum wedrze się do środka. Dziewczyna szybko przeanalizowała sytuację. W pomieszczeniu stała duża drewniana szafa, stół pod którym piętrzyła się sterta jutowych worków oraz dwa łóżka. Obok było drugie, mniejsze pomieszczenie, służące za myjalnię i schowek. Wejście do niego osłaniała lniana zasłona. Przy pomocy czaru być może udałoby się jej ukryć w którymś z tych miejsc. Na przeciwko drzwi znajdowało się również niewielkie okienko, ale dom mógł być otoczony. Zawiasy trzeszczały coraz rozpaczliwiej pod uderzeniami ciężkiej pięści.

Derwan Rotarius

Obszedł pogorzelisko, uważnie przyglądając się zgliszczom. Czarne, osmalone zęby słupów chramu sterczały na tle zielonych koron świętych dębów. Dach świątynki zapadł się do wnętrza i spłonął doszczętnie, ale ściany w większości wytrzymały. Na dziedzińcu leżał porąbany, nadpalony i ohydnie zbezczeszczony posąg Peruna. Czy raczej Perkuna, jak mówili na niego tutejsi. Obok leżało niemal nierozpoznawalne ciało żercy. Derwan w milczeniu przeszedł przez wyważoną i rozłupaną na kawałki bramę i spojrzał na chłopaczka, może 13-letniego, który pełnił rolę przewodnika.
-Ppanie -zająknął się. Jego głos drżał od przerażenia, być może spowodowanego wyrazem twarzy Derwana. Z uporem unikał też widoku zbezczeszczonej świątyni.
-Nie bój się chłopcze – mężczyzna poklepał go po głowie – Wskaż mi dokąd udał się ten człowiek, znajdę go i dopilnuję, by odpowiedział za swoje zbrodnie. A wy odbudujcie świątynię.
- Pprosto panie, szlakiem na Wilnus. Niema tu inszych dróg. Na biało był odziany, i w towarzystwie. Trzech miał kompanionów, a takich,że... że...-chłopaczek przełknął ślinę – Ale świątyni nie da się odbudować. Bogowie opuścili to miejsce.
Derwan zmierzył chłopca smutnym wzrokiem.
- Wracaj do domu. Ja się to jeszcze chwilę rozejrzę.
Gdy chłopiec ruszył pędem w kierunku wioski, Rotarius zaczął się zastanawiać, od czego zacząć poszukiwania. Przede wszystkim musiał potwierdzić informacje chłopaka na temat ilości potencjalnych przeciwników, aby uniknąć zaskoczenia. Dobrze byłoby też znaleźć informacje o ich wyposażeniu, zwłaszcza broni. Na koniec zaś absolutnie niezbędne będą ślady jednoznacznie wskazujące kierunek, w którym się udali, gdyż wbrew temu, co twierdził chłopiec były co najmniej dwie inne drogi, którymi mogli podążyć niszczyciele świątyni. Derwan wiedział, że czas działa na jego niekorzyść, od razu zabrał się więc do dzieła.

Świetłana

Wszędzie widać było tylko bezkresne pole śniegu, a jedyny dźwięk wydawał porywisty wiatr, kotłujący leniwie opadające płatki lub wzbijający obłoczki białego pyłu. Świetłana uśmiechnęła się. Znała to miejsce niemal tak dobrze, jak własny pokój. Niemal co noc, po zaśnięciu przenosiła się na to nieprzyjazne, lodowe pustkowie. Za każdym razem próbowała je przejść, znaleźć jego granicę czy chociaż coś co nie byłoby tylko śniegiem, nigdy jednak jej się to nie udało. Ale dziś miała przeczucie, że to się nareszcie zmieni.
Bez zastanowienia ruszyła w bliżej nieokreślonym kierunku. Niebo nad pustkowiem było zawsze jednolicie szare, bez gwiazd, słońca czy księżyca, które pomogłyby ustalić kierunek. Ana był zresztą pewna, że kierunek nie ma tu żadnego znaczenia.
Mimo, że była ubrana tylko w prostą, codzienną sukienkę, a na nogach miała cienkie trzewiki, nie czuła mrozu, ani nie grzęzła w śniegu. Mimo szalejącej naokoło zawieruchy, jej włosami i odzieniem nie targał nawet najlżejszy powiew. Nigdy też nie zauważyła, aby opadł na nią jakikolwiek płatek śniegu.
W końcu, po czasie, którego w żaden sposób nie była w stanie określić dotarła do muru. Był zbudowany z nieociosanych kamieni i wysoki na jakieś dwa i pół sążnia, Świetłana była jednak na tyle zręczna, że dałaby radę wspiąć się na niego. Nieco dalej ujrzała potężną, dwuskrzydłową bramę. Bez zastanowienia podeszła do niej i zapukała. Brama uchyliła się na kilka cali, a z ciemnego wnętrza dobiegł zachrypnięty głos:
- Czego?
- Chciałabym przejść – odparła Świetłana, nie zrażona obcesowym zachowaniem odźwiernego.
- Nie ma przejścia – odparł głos i i brama zatrzasnęła się. Świetłana zaczęła dobijać się do wrót, lecz bezskutecznie.
- Nie otworzy ci – usłyszała za sobą głos. Odwróciła się i ujrzała kobietę. Jej skóra i włosy miały niebieskawy odcień i były niemal przezroczyste. Jej oczy zaś miały barwę płynnego złota. Uśmiechała się, lekko rozbawiona – Nie otworzy, chyba, że go przekonasz. Ale możesz też użyć tego – wręczyła jej niewielki, gliniany garnuszek, owinięty słomą. Nikły zapach siarki upewnił ją w przekonaniu, że w ręku trzyma Ignis Inextinguibilis, magiczną bombę zapalającą. Spojrzała na Błękitną niepewnie.
- Ale on jest tuż za drzwiami. Mogę go zranić, zabić.
- To ma jakieś znaczenie? Czy nie liczy się tylko przejście przez mur? - na jej ustach wciąż gościł ten sam, zagadkowy uśmiech – Wybór należy do ciebie. Jeśli nie masz dość odwagi, możesz wrócić, skąd przybyłaś.

Zygfryd von Totenkopf

Z zadowoleniem wciągnął w płuca powietrze przesycone wonią świeżej zieleni i nieznanych mu, błękitnych kwiatów, gęsto porastających ziemię pod jego stopami. Ze wzgórza, wyrastającego ponad okoliczne drzewa, rozciągał się przepiękny widok. Wśród pól i lasów malowniczo wiła się Wilja, w oddali widać było wioskę z dymiącymi kominami. Dzień był słoneczny i wyjątkowo ciepły.
Zygfryd wyjął z podróżnej torby starannie zapakowane zawiniątko. W środku znajdowała się zapieczętowana, drewniana szkatułka. Rycerz przyklęknął i przeżegnał się, następnie złamał pieczęć i otworzył wieczko. Wiatr delikatnie uniósł prochy jego zmarłego opiekuna i poniósł w kierunku rzeki. Totenkopf długo patrzył ich śladem, a gdy całkiem zniknęły westchnął i odwrócił się. Już miał odchodzić, gdy jego wzrok przykuła szkatułka. A właściwie wystający z niej kawałek pergaminu. Niepewnym ruchem wyciągnął go ze środka i rozwinął. Jego oczom ukazało się zamaszyste choć trochę koślawe pismo Dowgrida:

"Drogi synu,

odchodząc z tego świata pozostawiłem kilka wartościowych przedmiotów, o których wiesz, że wszystkie należą do Ciebie. W zamian proszę Cię, byś zaopiekował się pewną cenną dla mnie rzeczą. Dawno temu pozostawiłem ją w mym rodzinnym domu, w Piekach, i mam nadzieję, że nadal tam jest. Jeśli nie zapewne znajdzie się tam ktoś, kto powie Ci, gdzie jej szukać. Być może mój skarb stanie się kiedyś Twoim skarbem, a jeśli nie, ufam, że zadbasz by trafił w posiadanie odpowiedniego człowieka.

Dowgrid"

Pod listem narysowana była niewielka mapa, wskazująca umiejscowienie owych Piek i tyle. Nic więcej, żadnej wskazówki czym może być ów "skarb". Zygfryd nie miał jednak wątpliwości, że po wszystkim, co stary najemnik dla niego zrobił, musi wypełnić jego ostatnią wolę, bez względu na wszystko. Wskoczył na konia i ruszył w kierunku traktu północnego, który według mapy, prowadził do Piek. Zamyślony, nie zauważył nawet, gdy las zrobił się gęstszy, a ścieżka zaczęła opadać w głąb wilgotnego wąwozu. Ocknął się dopiero, gdy pod kopytami coś zachrupało. Koń boczył się i prychał. Totenkopf pochylił się w siodle by przyjrzeć się ziemi. Mimo grubej warstwy butwiejących liści dostrzegł kości. Czaszki, klatki żebrowe, piszczele i miednice. Dno wąwozu usłane było zwierzęcymi kośćmi. Najemnik miał nadzieje, że tylko zwierzęcymi. Już miał zawrócić, gdy koń nagle, bez żadnego ostrzeżenia, oszalał. Rzucił się w bok, zatańczył w koło, a następnie stanął dęba, zrzucając jeźdźca, i popędził w stronę, z której przyjechali. Zygfryd z obrzydzeniem wyszarpnął rękę z na wpół roztrzaskanej klatki żebrowej, wstał i rozejrzał się. I zobaczył. Z głębokiego cienia na przeciwko wpatrywało się w niego dwoje błyszczących ślepi. Mężczyzna cofnął się, odruchowo odszukując ręką klingę miecza. Z cienia dobiegło głuche warczenie, a następnie pojawił się najdziwniejszy stwór, jakiego Totenkopf widział. Właściwie można by powiedzieć, że przypominał trochę kota, w każdym razie w budowie pokrytego rzadkimi, czarnymi włosami ciała. Pod szarawą skórą drgały napięte mięśnie. Pysk potwora wypełniały długie na dwa cale szpikulcowate kły. Żółte oczy z pionową źrenicą wpatrywały się uważnie w mężczyznę.

------------------------------------------------------------------------

ZASADY

1. Ograniczenie ilości postów do jednego na turę, w niektórych przypadkach ilość postów będzie zwiększana.
2. Kolejność dowolna, choć mogą się zdarzyć pewne ograniczenia
3. Na odpis macie 3 dni, chodź oczywiście jeśli komuś od czasu do czasu zdarzy się odpisać później nic się nie stanie. Z mojej strony postaram się dawać nowe tury co około 5-7 dni.
4. W razie dłuższej nieobecności lub chęci rezygnacji z sesji proszę o informację NA PW. Ze względów fabularnych wolałabym, żeby inni gracze o tym nie wiedzieli zawczasu :)
5. W razie braku uczestnictwa w sesji przez tydzień (maksymalnie dwa) bez wcześniejszego ostrzeżenia, przejmuję postać. Po kolejnym tygodni (ew. dwóch) postać zostaje usunięta z sesji (ale z możliwością powrotu).

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 28 lis 2012, 15:25 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 lis 2011, 17:30
Posty: 22463
Lidia Udrija

Obudziła się z męczącego koszmaru i jakby z miejsca znalazła się w kolejnym. Jakby nocne mary nie chciały przeminąć. I tak męczyła ją wizja śmierci Jana i Marciuka.
Szybko, starając się nie robić najmniejszego hałasu wstała i ubrała się. Matki i babki nigdzie nie było. Tak strasznie się bała. Dotąd tylko słyszała o polowaniu na czarownice. Powstrzymała cisnące się do oczu łzy i wzięła się do działania.
Pomagając sobie czarami przeciągnęła jedno z łóżek pod drzwi. To na chwilę powinno ich powstrzymać.
Tak bardzo starała się nie słyszeć głosów za drzwiami. Nerwy są złym doradcą.
Zebrała rzeczy które były pod ręką, jedzenie i zioła, i wyrzuciwszy z jednego z worków gnieżdżącego się w nim szczura umieściła je w nim. Własne rzeczy spakowała do torby.
W końcu, po chwili która zdawała się ciągnąć w nieskończoność mogła się ukryć.
Weszła do schowka, starając się nie zwracać uwagi.
Korzystając z tego, że jeszcze nie weszli do domu zaczęła splatać dwa nawęzy. Jeden powinien ją ukryć. Jeśli nic nie zrobi, była szansa, że jej nie zauważą. Drugi plotła na wszelki wypadek. Jeśli coś się nie uda i będzie musiała uciekać, może wyda się im miła i niegroźna.
Przy pracy gorączkowo myślała.
Co się mogło stać? Nikt z litewskich wiosek nie polował na „Swoje” czarownice. Jedni się ich bali, inni byli im wdzięczni. To było niemożliwe. Miała w wiosce wielu przyjaciół. To niemożliwe, żeby tak nagle je znienawidzili. Przecież one tylko leczyły. Chroniły tych ludzi.
Co one im zrobiły? Jakie diabelstwa?
I skąd znali drogę do ich domu? Widywały ludzi tylko na polanie lub w ich wiosce.
Do tego matka i babka zniknęły, Jan, jeśli jej sny były prawdziwe, już nie żyje... Była sama.
Dziewczyna stłumiła szloch.

_________________
Tinka
Tylko głupcy ślepo trzymają się zasad, mądrzy ludzie jedynie przyjmują je do wiadomości.

Błąd Czasu
Jedz jak oni.
Kochaj to co oni.
I żyj tak jak oni.
Ubieraj się jak oni.
Jedź razem z nimi.
I bądź razem z nimi.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 28 lis 2012, 16:03 
Nałogowiec
Nałogowiec

Dołączył(a): 15 gru 2011, 15:27
Posty: 21764
Derwan Rotarius

Rozglądał się po miejscu, które jeszcze kilkanaście godzin temu było świętem gajem. Wahał się czy słowa świątynia, którego użył w rozmowie z chłopcem to odpowiednie słowo opisujące Święty Gaj, ale skoro już użył był to czas przeszły teraz należało się skoncentrować nad tym co się dzieje obecnie. Wiedział, że chłopiec miał racje świątyni nie dało się już odbudować przynajmniej nie teraz kiedy Święte Dęby zostały spalone. Święty Gaj był niewielki i przez nikogo niebroniony inaczej 4 ludzi, którzy dopuścili się ataku na Święty Gaj byłaby już martwa chyba, że było ich więcej. Wiedział, że ma mało czasu, ale człowieka, którego najprawdopodobniej był żercą należało pochować. Niestety trzeba było się z tym spieszyć. Szybko przystąpił do spalenia ciała i pożegnania zmarłego.
- Bezpiecznej podróży do Navii przyjacielu.
Po spaleniu ciała jeszcze raz zbadał miejsce zbrodni. Niestety musiał się spieszyć i mógł coś przeoczyć. Po zbadaniu wszystkich dróg, którymi mogli uciec sprawcy zniszczenia świętego gaju odnalazł tą, którą uciekli i ruszył za nimi w pogoń. Nie wiedział jednak czy chłopiec nie pomylił się co do ilości napastników. Jeśli nie to wykończy ich z łuku, a później dokończy prace stalą. Jednak jeśli będzie ich więcej będzie musiał zachować ostrożność. Kiedy będzie miał już pewność ilu ich jest wybierze sposób w jaki zaatakuje lub zrezygnuje jeśli będzie ich zbyt wielu. Jednak tego wolał by uniknąć chciał by sprawcy zapłacili za zniszczenie Świętego Gaju.

_________________
KP - PTP

KP - SWO

KP - TTP

KP - PŻ

KP - UŚ


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 28 lis 2012, 22:54 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 02 sty 2012, 00:42
Posty: 2379
Lokalizacja: Gdynia
Zygfryd von Totenkopf

Cóż to za ohyda ?! Zygfryd był całkowicie zaskoczony stworzeniem, które przyszło mu spotkać. Stworzenie w tym wypadku nie było dobrym określeniem - to była kreatura i w dodatku bardzo agresywna. Teraz już wiem skąd te wszystkie przeklęte kości... Ta myśl przebiegła rycerzowi przez głowę, ale zaraz przestał zaprzątać sobie umysł szczegółami i skupił się na prawdziwym zagrożeniu. Bez zbędnego czekania chwycił za klingę i wyciągną ostrze, zaś lewą ręką ściągną tarczę z pleców. Tarcza jego ojca, tego z dzieciństwa, który zdążył dać mu chociaż to. Od lat go broniła i tak musi być i tym razem. Totenkopf nie miał zamiaru czekać na ruch przeciwnika i nie chciał dać mu najmniejszej szansy na zyskanie przewagi. Najemnik poprawił hełm szybkim stuknięciem ręki, uniósł ostrze i tarczę - ruszył do ataku.

_________________
Obrazek

Fan page Status Widmo --> https://www.facebook.com/StatusWidmo

tumblr Status Widmo --> http://statuswidmo.tumblr.com


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 29 lis 2012, 00:20 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 lut 2011, 22:23
Posty: 6151
Lokalizacja: Międzyrzecz.
Gra w: StarCraft II, World of Warcraft, Hearts of Iron III, Wargame.
Dominique z Saint-Amand

Upadły rycerz wbił wzrok w kaszę jak gdyby ta była w stanie rozwiązać wszelkie jego problemy, wybawić karczmarza z opresji i pozbyć się prześladowców, którzy już od dawna deptali Burgundczykowi po piętach. Litwa znacznie różniła się od ziem na których przyszło mu dorastać, jednak wątpił, aby tutejsza kasza - w przeciwieństwie do tej z zachodu - potrafiła czynić takie cuda.
Niechętnie nałożył na widelec, którym jadł odrobinę kaszy po czym wpakował ją sobie do ust. Żołądek podchodził mu do gardła, nie był już w stanie cieszyć się upragnionym posiłkiem nawet w najmniejszym stopniu. Narastająca presja skutecznie odpędzała jego - wilczy jeszcze do niedawna - apetyt. Zacisnął dłoń na sztućcu.
Cóż czynić? Człeka niewinnego nie mogę pozostawić w opresji, zwłaszcza, że bieda spadła na niego z mojego powodu. Jeżeli, jednak w szranki z nimi tutaj stanę fortuna może w końcu mnie opuścić i padnę w przydrożnym rowie. Psia mać! Gdzież fantazjo rycerska gdyś najbardziej potrzebna w chwili próby?! Strach Cię podły przyćmił? Nie tego uczyli mnie moi instructeurs i papa!
Trudno stwierdzić czy większy wpływ na wykonanie tego ruchu miała rycerska fantazja podsycona fantazją młodzika, czy też może najzwyklejsza brawura. Poderwał się w ciszy z ławy. Bezgłośnie postawił pierwszy krok, aby nie odwrócić uwagi swoich prześladowców. Z kolejnym krokiem rozwarł usta, a z nich wydobył się głośny, chłodny rozkaz w jego rodzimym języku.
- Assez! - warknął - Zostawcie tego człowieka, pohańcy!
Przeczesał kruczoczarne włosy dłonią, ścierając jednocześnie jej wierzchem kroplę potu, która mknęła leniwie po jego czole. Mimo niewidzialnej dłoni, która zaciskała się coraz mocniej na jego sercu zachował niewzruszony wyraz twarzy. Choć na jak długo będzie mógł sobie na to pozwolić mając przed sobą znacznie przeważającą liczbę drapieżników gotowych w każdej chwili poderżnąć mu gardło na rozkaz swego pruskiego pana?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 29 lis 2012, 00:23 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 sie 2012, 22:23
Posty: 12641
Lokalizacja: M(h)roczna Wieża
Heinrich Rengenau

Sytuacja była dość dziwna - skąd w Wilnie przedstawiciel papieża i to obijany w zaułku przez dziwnych bo mówiących po niemiecku zbirów. Heinrich nigdy nie darzył klechów zbyt wielką miłością, ale sprawa ta zaintrygowała go na tyle, że postanowił zareagować. Równym krokiem wszedł do zaułka i znacząco chrząknął.
- A więc po pierwsze, wstrzymajcie się z wgniataniem tego nieszczęśnika w błoto które udaje ulicę tej dziury. Po drugie, wypieprzać. I to natychmiast. - dodatkowo wspomógł dynamizator werbalny kładąc rękę na rękojeści topora. Już w czasie mówienia spoglądał na obu zbirów, będąc w razie zagrożenia gotowym do wyciągnięcia topora i próby porąbania bandytów na części.

_________________
Nie znosisz ludzi, kontaktów z nimi, czujesz się źle za każdym razem, gdy opuszczasz swoją siedzibę. Gdy już musisz wchodzić w interakcję ze społeczeństwem, dajesz się poznać jako osoba wyjątkowo nieprzyjemna, neurotyczna, sakrastyczna i groźna.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 29 lis 2012, 14:43 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lut 2011, 21:33
Posty: 5779
Lokalizacja: Gdańsk
Gra w: Dragon Age, Mass Effect, Skyrim, Wiedźmin
Świetłana

Niepewnie ujęła garnek w dłonie i raz jeszcze spojrzała na kobietę. Dziewczyna przygryzła wargę i popatrzyła w stronę wrót, po czym znów na błękitną postać.
- Nie. Nie zrobię tego. - zmrużyła lekko oczy i odstawiła garnczek na ziemię. Przypatrując się jeszcze chwilę dziwnej kobiecie podeszła do wrót i postanowiła zapukać raz jeszcze. Pukanie okazało się bezcelowe. Świetłana skrzywiła się na tajemniczy uśmiech nieznajomej i westchnęła. Czy to jest jakaś próba? o co tu chodzi...
- Dlaczego nie można przejść? - zapytała niezbyt donośnie, ale na tyle by strażnik u bram ją usłyszał. Nie czekają na odzew odezwała się ponownie. Spojrzała na swoje blade, niczym nieosłonięte dłonie i delikatnie przytknęła je do ust.
- Może mogłabym pomóc? Wpuścisz mnie? - jej łagodny ton rozbrzmiał dźwięcznie pozostawiając po sobie głuche echo.

_________________
A great talker is a great liar.


Graciella Feriel ○ Constantin Reynold ○ Felinne Velanne
Jesfis Raisa ○ Rayla Blades
Lillith


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 01 gru 2012, 13:41 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 paź 2011, 23:04
Posty: 3046
Lokalizacja: Londyn
Gra w: Dreamfall Chapters
Mścigniewa Bełza


Chciała tylko w spokoju znaleźć wskazówki dotyczące zniknięcia Basila. Atanas wiedział, że Mścigniewa nie lubi, jak ktoś jej przeszkadzał. Kilka razy przekonał się o tym, gdy burknęła na niego w złości kilkoma bluźnierstwami.
I tym razem gdy Atanas wszedł do pomieszczenia z jakimś mężczyzną już miała na końcu języka skomentować jego zachowanie, jednak w porę się powstrzymała.
Gdyby nie było to coś ważnego pewnie nie zawracałby jej głowy.
Przeczucie nie zmyliło jej. Młody, przystojny mężczyzna okazał się znajomym Basila. Jacław...
Czemu nigdy o nim nie słyszałam? Przeszło kobiecie przez myśl, jednak na razie postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Nie odzywając się słuchała monologu poznanego jegomościa. Pewny siebie brunet zrobił na niej duże wrażenie. Komplement z jego ust był balsamem dla jej duszy - bądź co bądź, od kiedy Basil zniknął brakowało jej męskiego adoratora. Podniosła nieznacznie brew słuchając Tuczyńskiego z zainteresowaniem.
- Proponuję więc pani, jakkolwiek nieprzyzwoicie to by brzmiało, spotkanie na cmentarzu na Rybakach, powiedzmy o dziesiątej wieczorem, żebyśmy zdążyli przed godziną, hehe, duchów. Opowiem pani wszystko co wiem o Basilu, a także o kamieniu filozoficznym...
Po tych dwóch ostatnich słowach, tak dla niej ważnych, poczuła gęsią skórkę na plecach. Bełza postanowiła jednak nie okazywać zaskoczenia czy niepokoju. Z kamiennym wyrazem twarzy odprowadziła spojrzeniem mężczyznę do drzwi. Gdy zniknął głośno wciągnęła i wypuściła powietrze z płuc, zastanawiając się nad tą niespodziewaną wizytą.
To może być jakas pułapka... Skąd on tyle wie? Ciężko mi uwierzyć, że naprawdę znał Basila ten... Tuczyński.
Przegryzła wargi i marszcząc brwi i cicho powiedziała do siebie.
- Podobno mówił mi o wszystkim... Jeśli ten chędożony pociot kłamał, popamięta gdy go znajdę...
Nie żegnając się z właścicielem Salamandry postanowiła wrócić do domu. Była zbyt pogrążona w myślach przed nocnym spotkaniem, by móc w spokoju i pełnym skupieniu szukać jakichkolwiek poszlak.
Może znajdę jakieś wskazówki dotyczące Jacława w starych dokumentach Basila?

_________________
Firvain (Szkło w oku)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 02 gru 2012, 03:09 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 kwi 2012, 21:34
Posty: 6386
Gra w: W3/Gwint
Lidia Udrija

Łóżko, którym Lidia zastawiła drzwi opóźniło napastników, w końcu jednak wdarli się do chaty. Dziewczyna słyszała ich pełne wściekłości głosy, gdy zorientowali się, że w środku nikogo nie ma. Przynajmniej na pierwszy rzut oka... Serce na chwilę przestało jej bić, gdy usłyszała rozkaz przeszukania chaty. Mocniej zacisnęła dłoń na nawęzie, w myślach powtarzając zaklęcie. Spomiędzy worków i beczek dojrzała blask światła i głowę mężczyzny, który zajrzał do schowka, natychmiast się jednak wycofał.
-Nic tam nie ma. Uciekły, niechybnie z szatańską pomocą. Chodźmy stąd lepiej.
-Skurwiony husycki bękart, mówił, że tu będą. Niemiec zasrany.
-Diabeł im pomógł, mówię wam. Nie ma co tu zostawać.
Głosy zaczęły się oddalać. Lidia odetchnęła z ulgą, na wszelki wypadek wolała jednak zaczekać jeszcze chwilę w swej kryjówce. Oddychała głęboko, próbując opanować drżenie, gdy nagle poczuła niepokojący zapach. Dym! Zerwała się na nogi, rozrzucając wiadra i wiklinowe kosze. Wbiegła do pokoju i zobaczyła, że cała frontowa ściana stoi w ogniu, który przeniósł się już również na dach. Suche drewno i strzecha na dachu paliły się doskonale, a gęsty, gryzący dym wypełniał całe pomieszczenie. Niewiele myśląc Lidia złapała za worek i wyskoczyła przez okienko, znajdujący się w przeciwległej ścianie. Miała nadzieję, że uda jej się ukryć w dymie, jednak gdy tylko znalazła się na zewnątrz, poczuła zaciskające się na jej nadgarstku grube, szorstkie palce.
-Mam ją! Złapałem czarownicę!
Spoiler:

Derwan Rotarius

W drodze analizował powtórnie wszystkie zdobyte informacje. Ślady pozostawione na drzwiach i posągu wskazywały na użycie ciężkiego oręża siecznego – miecza dwuręcznego lub topora. Ślady pozostawione na ziemi wskazywały na co najmniej cztery konie, być może pięć – nie był pewny, ślady pochodziły sprzed dwóch, trzech dni i były mocno pozacierane. Popędził konia. Był o jakieś trzy godziny jazdy na zachód od Wilna, gdy nagle usłyszał dziwne dźwięki – coś jakby wilcze warczenie. Przez chwilę miał zamiar to zignorować, po chwili jednak przyszło mu do głowy, że być może to Leszy daje mu jakiś sygnał, by pomóc w poszukiwaniach. Uwiązał więc konia w pewnej odległości od drogi i zagłębił się w las. Jego oczom ukazał się bardzo dziwny widok – na drzewie, na wysokości około piętnastu stóp siedziała rudowłosa dziewczyna, na oko nie starsza niż 20 lat, a pod nią, u stóp drzewa kręciło się pięć wilków.
Spoiler:

Zygfryd von Totenkopf

Potwór odpowiedział wściekłym rykiem i ruszył do ataku. W rozwartej paszczy Zygfryd bez trudu dostrzegł dwa rzędy ostrych zębów i wcale mu się to nie spodobało. Stworzenie nie było bardzo duże – wielkości sporego psa – ale niezwykle silne i szybkie. Atakowało z taką wściekłością i zaciekłością, że mężczyzna zaczął się cofać. Musiał być ostrożny, dno wąwozu było usłane kośćmi i kamieniami i bardzo nierówne. Jeden niewłaściwi ruch i wyląduje na ziemi, a na nim potwór wraz ze swoimi dwoma rzędami kłów. Zaczynał się męczyć, natomiast bestia nie wydawała się ani trochę opadać z sił. Udało mu się wyprowadzić kilka ciosów, ale stworzenie przed każdym umykało. Cofnął się już spory kawałek, drzewa zrobiły się tu rzadsze i zniknęły kości, a ataki nie ustawały. Aż do momentu, gdy przez liście przebił się promień światła i opadł na łeb stworzenia. Potwór natychmiast odskoczył skomląc, szczerząc kły i wymachując głową.
To moja szansa – przemknęło przez myśl Zygfrydowi.
Spoiler:

Dominique z Saint-Amand

- Ho ho ho, a któż to? Czyżby to nasz dzielny Roland? - Walter de Barby uśmiechnął się paskudnie Nasz mężny Percival?
- Myślałeś, że nam uciekniesz Burgundczyku? - Kunz Aulock był stanowczo mniej dowcipny – No toś się strasznie pomylił rycerzyku. Nuże comitiva, brać go! Bez pardonu, nie za żywego nam płacą!
Sytuacja wyglądała nie najlepiej. Przeciwko Dominique'owi stało pięciu uzbrojonych po zęby drabów. Wiedział, że Kyrielejson, de Barby i Sybek to tęgie zabijaki, co do dwóch autochtonów nie miał pewności. Wydawali się ociężali i niezbyt inteligentni.
Spoiler:

Heinrich Rengenau

Bandyci okazali się albo bardzo głupi, albo bardzo odważni. Albo bardzo pijani. Jeden z nich wyciągnął niewielką kuszę, najpewniej kradzioną, drugi długi sztylet o wyszczerbionym ostrzu.
-A cóż to, kolejny niemiecki pies chce dostać po mordzie? My z chęcią za dość uczynimy jaśnie pana życzeniom – mężczyzna ze sztyletem skoczył w kierunku Heinricha, w tym samym czasie drugi wystrzelił w jego stronę, okrutnie chybiając. Najemnik nie czekał, na dalsze ataki, ruszył w kierunku zbirów.
Spoiler:

Świetłana

- Pomóc? A w czym ty mi możesz pomóc? Chociaż może jest coś takiego. Umiesz uśmierzać ból?
- Umiem panie. Znam się na ziołach, które przynoszą ulgę w bólu.
- Wejdź zatem – odrzwia rozsunęły się na tyle, by Świetłana mogła się między nimi przecisnąć. Wchodząc rzuciła ostatnie spojrzenie na Błękitną. Nadal się uśmiechała.
- Nie każdy problem można rozwiązać łagodnością i miłym usposobieniem, jeszcze się o tym przekonasz dziewczyno. Dużo lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś wysadziła te drzwi, albo chociaż wpięła się po murze.
W tym momencie sen skończył się, a Świetłana obudziła się w swoim łóżku. Natychmiast pobiegła opowiedzieć wszystko swemu nauczycielowi. Po wysłuchaniu jej mężczyzna pokiwał głową.
- Mam pewną conceptionis na temat twojego snu, muszę jedna poczynić jeszcze pewien test – wyciągnął spomiędzy książek na półce jedną, w której Ana natychmiast poznała księgę, którą dostała od babki – Weź ją. Czy czujesz coś niezwykłego? - dziewczyna wzięła do rąk księgę i przyjrzała jej się ze zdziwieniem. Inaczej ją zapamiętała – Jest ciepła. I wydaje mi się, jakby lekko świeciła, jak rozżarzony węgiel.
- Tak myślałem –Pustelnik uśmiechnął się lekko – ja nie czuję, ani nie widzę żadnej z tych rzeczy. Myślę, że to księga powodowała u ciebie te sny, a to, że udało ci się przejść przez mur może oznaczać, iż jesteś gotowa aby poznać jej sekrety. Otwórz ją teraz, może tym razem uda ci się zrozumieć, co jest w niej napisane – Świetłana posłusznie wykonała polecenie, nadal jednak strony księgi pokrywały niezrozumiałe znaczki.
- Nic z tego nie rozumiem mistrzu, niestety.
- Tak też myślałem. Mam jednak jeszcze jeden pomysł. Przeprowadziłem wiele badań, chcąc odkryć tajemnicę tej księgi, niewiele jednak dokonałem. Dowiedziałem się za to, kto może wiedzieć więcej. Istnieje, lub przynajmniej istniał, sądzę jednak, że żyje nadal, mag którego wiedza wykracza daleko poza moje i twoje pojęcie. Pochodzi ze Śląska, ale dawno już uciekł przed inkwizycją na Wschód. Zwie się Rupilus i myślę, że powinnaś go odnaleźć.
Świetłana przez długą chwilę nie wiedziała co powiedzieć.
- Wyrzucasz mnie? - wykrztusiła wreszcie.
- Dziecko, nigdy bym cię nie opuścił, ale oboje wiemy, że już niczego więcej nie jestem cię w stanie nauczyć. A tak księga kryje w sobie ogromną moc. Twoim przeznaczeniem jest odkryć jej sekret.
Dziewczyna próbowała jeszcze oponować, jednak każdy jej argument zostawał obalony z taką łatwością, że w końcu się poddała. W głębi duszy czuła zresztą radość z tej nowej i niespodziewanej przygody. Wyruszyła o wschodzie słońca, wyposażona w niezbędne przedmioty i trochę jedzenia. Poruszała się po mniej uczęszczanych szlakach, ukrywając się gdy na trakcie pojawiali się ludzie, podróż więc minęła jej bez większych problemów. Raz czy dwa ugościły ją leśne wiedźmy, lub mieszkający na uboczu chłopi. W końcu dotarła do ogromnej puszczy porastającej tereny wokół Wilna. Musiała zmierzać na północ, postanowiła więc okrążyć miasto. Niemal natychmiast po wkroczeniu w mroczny las usłyszała przeciągłe wycie. Wilki! - zorientowała się natychmiast i rozejrzała w pośpiechu, szukając odpowiedniego drzewa. Już nie raz udało jej się w ten sposób uratować przed różnymi niebezpieczeństwami, słyszała jednak, że litewskie wilki są dużo bardziej agresywne i niebezpieczne, a ona najwyraźniej wkroczyła na ich teren. Na drzewo wdrapała się w samą porę, gdy z krzaków wychynął największy basior, jakiego w życiu widziała, wiodąc za sobą watahę podobnych sobie bestii. Natychmiast popędziły ku drzewu, na którym siedziała Ana, zaczęły dokładnie obwąchiwać ziemię, szczerzyć kły i drapać w pień pazurami.
Spoiler:

Mścigniewa Bełza

Przejrzała dokładnie notatki Basila. Znała je już niemal na pamięć. Wszystkie, z wyjątkiem kilku starych kartek, jeszcze z czasów studenckich maga, czyli zanim się poznali, zapisanych nieznanym jej szyfrem. Wcześniej zignorowała je, niemal pewna, że nie mają wielkiego znaczenia, teraz jednak przyjrzała im się uważniej. Nadal nic z nich nie rozumiała, wcisnęła je więc do torby – skoro Tuczyński jest znajomym Basila ze studiów to powinien umieć je odczytać. Nie znalazłwszy nic więcej spakowała do torby jeszcze kilka przedmiotów, które w razie potrzeby mogły się przydać w obronie i wyruszyła na spotkanie.
Po ciepłym dniu przyszedł nieco mniej ciepły wieczór, otuliła się więc szczelniej płaszczem. Przeszła nie niepokojona przez Bramę Mostową i ruszyła w kierunku niewielkiego, starego cmentarza. Ze znajdującej się nieopodal Wilji wstała mgła i cmentarz tonął w mlecznym oparze. Z dziwnym uczuciem wkroczyła pomiędzy nagrobki. Nie raz już bywała nocą na cmentarzach, zbierała na nich rośliny do alchemicznych eksperymentów Basila, tym razem czuła się jednak nieswojo. Nagle spomiędzy nagrobków wychynął czarny cień. Mścigniewa krzyknęła i cofnęła się, omal nie przewracając się o granitową płytę.
- Spokojnie, moja droga – spod kaptura dobiegł głos Tuczyńskiego – To tylko ja. Muszę przyznać, że atmosfera jest... niezwykła. W sam raz na rozmowy o mrocznych sekretach – była pewna, że gdyby nie mrok i kaptur ujrzałaby kpiący uśmieszek – najpierw jednak mały teścik. Clavis salomonis.
Spoiler:


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Obrazek


Ostatnio edytowano 02 gru 2012, 13:22 przez trala, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Sesja - Bóg Krwi - tu gramy
PostNapisane: 02 gru 2012, 11:26 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 sie 2012, 22:23
Posty: 12641
Lokalizacja: M(h)roczna Wieża
Heinrich Rengenau

Ech, kolejni idioci idą pod topór, czy to się nigdy nie skończy. - myśl przemknęła Heinrichowi przez głowę. W tym samym momencie potężnymi susami ruszył do przodu, wyciągając w trakcie biegu topór. Kiedy już zbliżył się do stojącego bliżej bandyty wziął zamach toporem, celując w prawą rękę bandyty.

_________________
Nie znosisz ludzi, kontaktów z nimi, czujesz się źle za każdym razem, gdy opuszczasz swoją siedzibę. Gdy już musisz wchodzić w interakcję ze społeczeństwem, dajesz się poznać jako osoba wyjątkowo nieprzyjemna, neurotyczna, sakrastyczna i groźna.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Napisz wątekOdpowiedz Strona 1 z 30   [ Posty: 298 ]
Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 30  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  


Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Style by Daniel St. Jules