Wczytywanie
Teraz jest 30 maja 2020, 15:48


Napisz wątekOdpowiedz Strona 1 z 2   [ Posty: 18 ]
Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Klejnot Alamaru
PostNapisane: 31 mar 2010, 14:59 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 paź 2009, 22:32
Posty: 549
Lokalizacja: Serwer GW
Gra w: Skyrim, Orcs Must DIe, Dungeon Siege III, Deus Ex: Bunt Ludzkości, Super Meat Boy
Praca autorstwa "filipowski0604" napisana na konkurs Risen Info. Zajęła 2 miejsce. Otrzymaliśmy zgodę na publikację.

Klejnot Alamaru


Wielkie i potężne Królestwo Garant, zamieszkane przez bogatych kupców, wielkich wojowników, potężnych magów oraz zwykłych mieszańców przeżywało okres rozkwitu. Jego władczyni Królowa Raia rządziła sprawiedliwą, lecz także twardą ręką, z którą liczyło się wielu króli i władców. Była ona piękną kobietą o szmaragdowych oczach, długich miedzianych włosach i urodzie dorównującej nie jednej bogini. Królestwo było potęgą nie do pokonania na całym świecie, królowa podbijała kolejne tereny, a jej sława obiegała cały świat zarówno ludzki jak i boski. Wszyscy ludzie byli pewni, że jej wielki sukces jest darem od bogów, których musiała być ona wybrańcem.

Pewnego dnia coś się jednak zmieniło. Królowa przegrała wielką bitwę o tereny należące do prastarej kultury Aretów. Areci byli ludem barbarzyńskim, który wierzył tylko w swojego przywódcę Nere, który był potężnym magiem praktykującym magię prastarych cywilizacji, opartą czterech filarach świata, którymi były: Życie, Śmierć, Żywioły i Los. Nera był człowiekiem pozbawionym jakichkolwiek barier. Potrafił on jednym ruchem dłoni przywoływać istoty z czeluści piekieł, a kolejnym ruchem odesłać je w głębsze otchłanie, niż te, z których przybyły.

Po przegranej Królowa Raia musiała wrócić do swojego państwa i dowiedzieć się, co stało się podczas tej walki. W drodze powrotnej przejeżdżała nieopodal od wielkich kopalń Erratu, które zdobyła w jednej z potyczek W kopalniach górnicy wydobywali cenne magiczne kamienie służące do tworzenia run, oręża i eliksirów. Kamienie te nadawały broni lekkości i wytrzymałości, runy wykonane z tych kamieni posiadały magiczną aurę, która pozwalała na tworzenie niszczycielskich i śmiercionośnych czarów, a mikstury, do których dodano pył z tych kamieni potrafiły uczynić człowieka nadludzko silnym i odpornym na zadawane ciosy, dlatego kopalnie były tak ważnym punktem, na którego stratę królowa nie mogła sobie pozwolić. Gdy dotarła do kopalń, ich zarządca Kerat oprowadził ją po głównych miejscach wydobycia i miejscach przechowywania cennego kruszcu, lecz w jednym z korytarzy wydobywczych kawałek skały odłamał się od skalnej pułki i omal nie zabił królowej, którą przed śmiercią uchronił pewien młodzieniec. Bohater, który uratował Raię był młodym, muskularnym młodzieńcem, któremu z oczu patrzyło jakby bogowi, wielkiemu i nieugiętemu. Królowa w podzięce na uratowanie życia przyjęła go w poczet swojej najbliższej świty, w której miał być jej głównym ochroniarzem. Po przybyciu do zamku bohater dostał własną komnatę, zbroję i miecz.

Bohater przebywał w zamku od kilku tygodni, podczas których trenował walkę bronią białą, dystansową, a także zaczął zgłębiać tajniki magii, które przekazywał mu Arcymag Matius, główny doradca królowej. Po długich dniach bohater dostał pierwsze poważne zadanie, od którego zależało istnienie całego królestwa. Królowa rozkazała mu by dowiedział się, co stało się podczas wielkiej walki z Aretami, i nakazała, aby zniszczył osobę lub przedmiot odpowiedzialny za tę porażkę. Bohater udał się do swojej komnaty, zapakował najpotrzebniejsze rzeczy i wczesnym rankiem opuścił zamek, aby rozwiązać zagadkę.

Po wyjściu z zamku bohater udał się w kierunku Alamaru, stolicy Aretów, w której przebywał sam Nera. Po drodze do Alamaru spotkał on liczne oddziały Aretów udające się w kierunku Królestwa Garantu. Bezimienny bez namysłu skorzystał z nowopoznanej techniki magii, jaką było przyzwanie Oreny – ptaka który potrafi przelecieć wiele kilometrów bez odpoczynku. Napisał on list, przypiął do nogi stwora i wysłał go do Królowej. Następnie ruszył w dalszą drogę aż po kilku dniach doszedł do Alamaru. Miasto było wielką góra, do której wnętrza prowadziła wielka brama, nad która wyrzeźbione były głowy pradawnych smoków. Po wejściu do miasta ukazała się bohaterowi wielka forteca, która zajmowała ¼ wnętrza góry. Bezimienny po kilku minutowym osłupieniu udał się na targowisko znajdujące się w samym centrum miasta by dowiedzieć się gdzie można spędzić noc i co trzeba zrobić by dostać się w służbę do Nery. Na targowisku spotkał człowieka imieniem Beren, który szukał on ludzi, którzy będą chcieli wyruszyć z kolejnym oddziałem w stronę Garantu. Nasz bohater nie mógł liczyć na lepszą okazję. Po rozmowie z Berenem, udał się wraz z kilkoma innym ochotnikami do Ferego, głównego marszałka i najważniejszego zaraz po Nerze człowieka w Alamarze. Fery jako człowiek, na którym wrażenie robiła tylko siła rozpoczął test ochotników. Kazał on im stanąć na arenie i pokonać przeciwników, a ten, który zwycięży nie będzie musiał ginąć na polu walki, tylko zostanie w mieście i zostanie przyjęty do służby jako Mrako – strażnik samego Nery. Bohater bez większych problemów pokonał większość przeciwników, aż pozostał sam, z jednym tylko przeciwnikiem imieniem Dir. Dir był w stanie dorównać Bezimiennemu w walce. Po długiej walce Dir padł na ziemię, lecz Fery widzący walkę dwóch wojowników, postanowił, iż obaj bez mężczyźni dostąpią zaszczytu służby u Nery.

Następnego dnia, Bezimienny i Dir zostali wezwani przed obliczę Nery. Gdy weszli do sali tronowej, im oczom ukazał się starszy mężczyzna w długiej, czarnej szacie z kapturem, z berłem z wielkim klejnotem na szczycie. Po krótkiej rozmowie z wojownikami Nera nadał im tytuł Mrako. Po całej ceremonii Nera opuścił salę i udał się w kierunku komnat piwnicznych, a wojownikom nakazał, aby razem udali się na patrol Alamaru.

W nocy Bezimienny postanowił, iż rozpocznie szukanie wskazówek od komnat piwnicznych. Przy drzwiach jednej z nich ujrzał jasne światło, próbował otworzyć drzwi, spod których się ono wydostawało, lecz te wydawały się jakby przymurowane do ścian. Nagle usłyszał kroki na schodach, szybko ukrył się w jednej z komnat, zastawiając lekko uchylone drzwi i nasłuchiwał, kto to idzie. Jak się okazało był to Dir. Dir podszedł do drzwi, spod których widać było światło, wypowiedział dwa słowa,a drzwi jakby same otworzyły się, a Dir wszedł do środka komnaty. Bezimienny postanowił poczekać aż Dir wyjdzie z pomieszczenia, lecz nagle usłyszał kolejne kroki, niestety był to Nera. Jak tylko Nera wszedł do komnaty, Bezimienny usłyszał krzyk Dira i ujrzał jeszcze jaśniejszy blask. Bezimienny szybko pobiegł do swojej komnaty i spędził tam resztę nocy.

Gdy nadszedł ranek bohater udał się do Nery by zapytać go, czy nie wie gdzie przebywa Dir, ponieważ niema go w jego komnacie, lecz Nera na pytanie o Dira odpowiedział tylko tyle, że Dir dostał zadanie i musiał opuścić Alamar. Bezimienny postanowił przygotować się do wejścia do komnaty w piwnicy i dowiedzieć się, jaka jest jej tajemnica..

Następnej nocy uzbrojony Bezimienny udał się do piwnic. Przed drzwiami komnaty wypowiedział zaklęcie, jakie wypowiedział Dir i wszedł do komnaty. To, co zobaczył w komnacie zupełnie go uderzyło. Był tam wielki piedestał, w który wbite było berło Nery. Berło to dawało mocne zielone światło, które omal go nie oślepiło. Bohater podszedł do berła i w momencie, gdy je chwycił, zobaczył duchy bogów, którzy zostali uwięzieni w nim za pomocą silnej magii pradawnych. W tym momencie do komnaty wszedł Nera w raz z kilkoma mrako. Gdy Bezimienny to zobaczył szybko chwycił berło i całymi siłami rzucił berłem w kierunku kamiennej posadzki komnaty, lecz to nagle zawisło w powietrzu. Była to jedna ze sztuczek Nery, który rzucił zaklęcie obezwładniające Bezimiennego i berło. Nera podszedł do bohatera, opowiedział mu cała historię jak schwytał bogów, którzy wspierali Raię i jak spowodował, że została pozostawiona sama bez pomocy bogów. Gdy Nera miał już zabić Bezimiennego nagle czar rzucony przez Nere prysł. Bezimienny padł na ziemię, zaczął czuć palący ogień w środku swojego ciała, który doprowadzał jego organizm do furii, z jego oczu i ust zaczęło wydostawać się jasne, białe światło. Gdy Nera to ujrzał, po raz pierwszy w życiu zaczął odczuwać strach, jego ciało stało się bezwładne, a jego czary stały się nieużyteczne. Bezimienny podniósł się z podłogi jakby heros niepokonany. Stanął on przed Nerą i jego mrako. Wszyscy patrzeli jak na boga w ciele człowieka. Bezimienny chwycił berło, wypowiedział zaklęcie, a klejnot Alamaru rozbił się na drobne kawałki. W tym właśnie momencie bogowie uwolnili się spod kontroli Nery i stanęli jak niczym ludzie u boku Bezimiennego. Razem ze zniszczeniem klejnotu cała moc Nery rozpłynęła się w powietrzu. Nagle nasz bohater zaczął tracić siły i nagle padł na ziemie, a nad jego ciałem pojawił się arcymag Matius. Całą swoja mocą przyzwał ciało Bezimiennego do zamku, w którym właśnie zakończyło się oblężenie, o którym Bezimienny poinformował Królową przy pomocy oreny. Wszyscy magowie z zamku zbiegli się w jednym miejscu i razem odprawili ceremonię przywrócenia bohatera do życia. Cała ceremonia trwała kilka godzin, lecz bohater odzyskał przytomność. Po dojściu do siebie Bezimienny zapytał Matiusa, oto, co zaszło w komnacie z klejnotem, mag opowiedział jak po oblężeniu przekazał wraz ze wszystkimi wojownikami z zamku swoją moc do ciała Bezimiennego i o tym jak bogowie stanęli u jego boku.

W królestwie w końcu zapanowała równowaga, Raia zaczęła nowe podboje, mieszkańcy żyli w spokoju, a nasz Bezimienny odszedł z zamku i zamieszkał samotnie na uboczu. Ale czy Królestwo Garantu da sobie radę bez swojego bohatera? To się jeszcze okaże...

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: [bez tytułu] Praca Ardaxa
PostNapisane: 31 mar 2010, 15:04 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 paź 2009, 22:32
Posty: 549
Lokalizacja: Serwer GW
Gra w: Skyrim, Orcs Must DIe, Dungeon Siege III, Deus Ex: Bunt Ludzkości, Super Meat Boy
Praca autorstwa Adraxa napisana na konkurs Risen Info. Zajęła 3 miejsce. Otrzymaliśmy zgodę na publikację.

~~Copyright by Ardax – Adam 2009r.~~


Wstęp
Witam serdecznie tych którzy mają zamiar czytać moje dzieło. Jest to moja pierwsza praca więc proszę jej bardzo nie wyśmiewać. Pisana była w jeden dzień z powodu braku wolnego czasu. Posiadałem pomysł na rozwinięcie pracy , jeśli się komuś spodoba może napiszę kontynuację . Zapraszam do lektury.

Rozdział I : Pierwsze kroki

Przed wiekami gdy na ziemi panowała norma i ład , ludzie żyli spokojnym życiem. Jedyne co im doskwierało to sporadyczne najazdy Orków na miasta. Do tej pory udawało się wybraniać miasta i ludzie mieli potęgę nad Orkami. Człowiek jednak dążył do zawładnięcia światem. Bogowie zostali wygnanie świata lecz miało to swoje konsekwencje. Świat zaczęły nawiedzać kataklizmy i inne nieszczęścia. Ludzie ponieśli konsekwencje swojej pychy. Wszystkie „myślące” potwory złączyły się w Armie Ciemności. Armia podbijała coraz to nowsze krainy aż w końcu ogarnęła prawie cały kontynent. Tylko dwie krainy nie uległy atakom. Cała wyspa Turandar – wyspa której doskwierała aura zimowa była oddana i pod rządami króla Heksyra I. On i jego pięciu oddanych doradców byli jedynymi magami na wyspie. Pewnego razu z drugiej niepodległej krainy – Ardgar’u płynęła dostawa „kwarcytu szlachetnego” – minerału najcenniejszego na kontynencie , a było go około 50 skrzyń. Z minerału wyrabiano oręż , cięciwy do łuków , a po odpowiedniej preparacji niektórzy alchemicy tworzyli nawet „mikstury wytrzymałości”. W tej podróży przyszło podróżować przyszłemu wybawcy.


Rozdział II : Niebezpieczne morze

Była to ostatnia z dostaw gdyż zasoby w kopalni się skończyły. Walka z Orkami pochłonęła tylko Turandar , Ardgar nie był od dłuższego czasu oblegany dlatego Cordar II postanowił pomóc swoją resztką bogactw sprzymierzeńców.
Załoga płynąca na statku była niespokojna , morze było niezwyczajnie wzburzone. W pewnym momencie z morza wyłonił się ogromny smok morski. Wielki , błękitny potwór przez którego przemawiało zło. Po chwili rozpętała się panika na statku , potwór nie czekając długo zrobił mocny zamach ogonem , uderzając w centrum rozbił statek na dwie części. Kadłub szybko zatonął , druga część statku utrzymywała się jeszcze na wodzie.
Potwór zniknął w głębinach. Na morzu rozpętał się straszliwy huragan , wszystko latało w powietrzu. W porcie w Turandar oczekiwał na statek jeden z magów. Ujrzał jednak na brzegu deskę na której widniał herb Ardgar’u . Postanowił powrócić do zamku pod eskortą.
- awwwww…. , ledwo widzę – paplał sam do siebie rozbitek. Widział rozmazujący się obraz i nie bardzo wiedział co się dzieje. Długo jeszcze ględził sam do siebie aż ujrzał nad sobą topielca – bestia była wyraźnie głodna. Podniósł się szybko z piasku , na pół mokry złapał miecz leżący nieopodal. Bestia rzuciła się do walki. Walka jaką prezentował była nie zła. Widać że trochę zapomniał o walce , znać jednak było iż kiedyś był dobrym wojownikiem. Wreszcie potwór padł , z radością na twarzy bohater postanowił rozbić obóz. Skonstruował szałas , rozpalił ogień i oddał się w błogi sen.
Rozdział III : Przygotowania do walki

Nazajutrz o świcie obudził się i ujrzał 6-7 królewskich wojowników i jednego jakby druida.
- Kim jesteś ? – zapytał jeden z żołnierzy,
- Ja…
- A widzisz tu kogoś innego ? Jesteś z okrętu ?
- Ja… , pamiętam okręt , potwora morskiego i sztorm. – wyglądało na to że ma częściową amnezje i nie pamięta wielu rzeczy. To wyjaśnia jego kiepską walke z topielcem.
- Być morze jest w szoku , jego strój świadczy o tym że płynął tym statkiem , zabierzmy go do miasta , po odpoczynku coś nam powie.

Rozdział IV : Wizyta u króla

Po krótkiej podróży znaleźli się przed zamkiem. Wielki aczkolwiek lekko podrujnowany , szczególnie mury co świadczyło o tym iż widział nie jedną walkę.
- STAĆ !!! Co to za ścierwo prowadzicie ?
- To rozbitek , ważny świadek , pozwól nam przejść.
- Wchodźcie , niech tylko nie narobi kłopotów.
Strażnicy ogólnie nie patrzyli przyjaźnie na przybyszy z prostej przyczyny – może to być magiczna sztuczka orków - szamanów. Idąc dalej zobaczyli wielką komnatę. Bohater stanął przed obliczem króla i oznajmił :
- Przeżyłem tylko ja , wszyscy zginęli.
- Jak to się stało ? To nie możliwe.
- To długa historia jednak wiem że ktoś od was widział wrak statku a w zasadzie jego resztki.
Król najwyraźniej był zawiedziony. Niedowierzał w to co się stało. Bezimienny bohater osiedlił się w chacie w mieście długo myśląc nad swoim losem.

Rozdział V : Przygotowanie do walki

W Bezimiennym odezwała się chęć pomocy w wojnie. Widział orka za miastem który rozszarpał robotnika. Ten widok zapewne do niego przemówił. Król oznajmił iż na wyspie znajduje się jedna wolna kopania , jednak w niej osiedliły się potwory a droga do niej jest naszpikowana orkami. Zwiadowcy donosili iż jest na drodze blisko 400 orków. Król może udostępnić 100 żołnierzy pod warunkiem że rozbitek uzbiera 50 swoich wojowników. Jednak doświadczonych wojowników , to pozwoliło by dojść do kopalni bez większych strat. Bohater wypełnił swoje zadanie , zebrał żołnierzy , trzeba było jednak lepszego sprzętu. Wpadli na pomysł aby odszukać trochę bogactw na plaży. Ku zdziwieniu na brzegu leżały bryłki kwarcytu szlachetnego. Uzbierano 3 skrzynie surowca co mogło pozwolić na osprzęt dla wojowników. Sprawni alchemicy uczynili z połowy skrzyni pożytek - mikstury wytrzymałości które znacznie pomogą w walce. Rozpoczęła się wędrówka i wypatrywanie wrogich wojsk




Rozdział VI : Decydujące starcie

Wielu się wykruszyło na widok orkowych trupów. W połowie drogi została mała część walczących. Wielu się wykruszyło , wielu zmarło , walka jednak toczyła się dalej.
Na wyciągnięcie ręki mieli jaskinie. Otoczona była jednak przez 10-cio osobową grupę ogrów. Były to o wiele silniejsze stwory niż orki. Ich twarda skóra broniła ich przed orężem.
Rozkaz był jeden : ostrzał z łuków , a gdy zaczną biec walka wręcz. Tak też uczynili i o dziwo gładko poszło gdyż strzały wbite w ich oczy zabijały ich. Był to najwyraźniej ich czuły punkt. Takich strat jednak nikt się nie spodziewał , choć była to jedyna deska ratunku każdy modlił się za poległych , którzy walczyli w imię pokoju na kontynencie.
Zwiadowca oznajmił iż w jaskini swoje siedlisko ma Dewa Lodu – Coś czego nigdy nie widział. Legendy głoszą że tylko wybraniec mógł pokonać stwora i jedynie magicznym ostrzem zadając ostateczny cios w serce. Gdy bestia widziała większą grupę , tworzyła barierę która nie pozwoliła się do niej zbliżyć a ona mogła swobodnie atakować. Decyzja szybko podjęta , armia licząca teraz kilkunastu żołnierzy musiała zostać , a wybawcą miał zostać rozbitek bez imienia.
Odpowiednio przygotowany rozpoczął walke , wszedł do jaskini i zniknął w ciemności. Kilkoro przyjaciół nowopoznanego człowieka zostało przed kopalnią , reszta wróciła do Miasta po pomoc w ściąganiu ciał z pola bitwy.
Bestia była potężna , emanowało z niej zło i obrzydzenie.
- Jak się tu dostałeś ? Zapewne przyszedłeś w złej sprawie , giń śmieciu !!!
Bestia rzuciła się do walki . Spryt bohatera pozwalał mu na ‘skikaniu’ o bestii a jej ciosy dzięki eliksirą nie były tak groźne.
- To już koniec śmieciu !!! – okrzyk drżącego jeszcze herosa. Potwór padł po chwili bezwładnie a bezimienny bohater nie mogąc się nacieszyć wybiegł z kopalni z wesołą nowiną.

Rozdział VII : Nowa Era

Odmienił losy setek – czy to nie brzmi znajomo ? Heros poświęcał swój czas i mógł stracić życie dla ratowania ludzkości. Kopalnia została uruchomiona , bez większych problemów król magazynował surowce a po czasie zamieniał je na magiczną broń. Po czasie kontynent Forterra odzyskał świetność , bunt orków został stłumiony a królestwo Turandar’u rozrastało się. Wszystko wróciło do normy a Bezimienny Bohater został ogłoszony wybawcą. Co się działo dalej ? Tego może dowiecie się później.


Koniec



~~Copyright by Ardax – Adam 2009r.~~

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Złote hlooki
PostNapisane: 31 mar 2010, 15:08 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 paź 2009, 22:32
Posty: 549
Lokalizacja: Serwer GW
Gra w: Skyrim, Orcs Must DIe, Dungeon Siege III, Deus Ex: Bunt Ludzkości, Super Meat Boy
Praca autorstwa ClodyCoena napisana na konkurs Risen Info. Zajęła 1 miejsce. Otrzymaliśmy zgodę na publikację.

[quote=CloudyCoen]Trawa oparła się palącej sile słońca. Ta niegościnna wyspa nigdy jeszcze nie zaskoczyła mnie tak upalną pogodą, choć czerpiąc informacje z opowieści mieszkańców, bywa tu jeszcze gorzej. Rośliny chrzęściły pod moimi ciężkimi butami, wprawiając mnie w nastrój głębokiej melancholii i zamyślenia.

Od kilku tygodni to miejsce jest moim domem. Zostałem rzucony w jej ciepłe objęcia przez rozszalały żywioł, który brutalnie spacyfikował statek, na którym płynąłem. Nie szukałem nowego domu. To on znalazł mnie.

Chrzęszczenie traw nagle się urwało. Znalazłem się na wybrukowanej ścieżce, prawdopodobnie położonej niedawno. Nie była jeszcze tak zniszczona, jak większość wzgórz i skał na tym odcinku wyspy. Wychodząc spod cienia dużego drzewa, ujrzałem nierówno ułożoną w ziemi budowlę. Wyglądała, jakby przed chwilą „wyrosła” z ziemi. Nierówno ułożona w podłożu, w połowie zasypana przez ziemię – sprawiała wrażenie miernego efektu pracy robotników.
Przypominała świątynię – szare, wyłożone płaskorzeźbami ściany połyskiwały w południowym słońcu, a istoty na nich przedstawione, tylko w kilku aspektach przypominały ludzi. Podrapałem podbródek, widząc wejście, w połowie zasypane przez ziemię. Brodząc we wspomnieniach, zdałem sobie sprawę, że budynku jeszcze wczoraj tutaj nie było… Rzuciłem w jej wnętrze średniej wielkości kamień, chcąc ocenić głębokość wejścia – z mojego punktu widzenia widać było stopnie, prowadzące pod powierzchnię ziemi. Skała obijała się o ściany, cichnąc i cichnąc, gdy nagle rozległ się dźwięk rogu. Głośne dudnienie wprawiało całe otoczenie w drżenie, dobiegając z miejsca pod moimi stopami.

-Jasna cholera!

Ostatnie słowa, jakie zdołałem wymówić.

Rozpalone dłonie.
-Co powinniśmy z nim zrobić?
-Na mój rozum, to chapaj go w łapska i z urwiska. Tacy jak on to tylko machają jęzorem, a z tego nic dobrego nie wyniknie. Nawet hniki źle wyglądają.
Palący ból w nadgarstkach okazał się niczym, póki nie podniosłem głowy. Otworzyłem oczy, widząc jedynie wielkie, brunatne sklepienie, wyłożone mozaikami i różnokolorowymi kamieniami. Widok ten zachwycił mnie, choć zachwyt ten nie poprawiał mojej sytuacji. Słysząc dwa gardłowe, wysokie głosy, uparcie dyskutujące o czymś, spróbowałem się poruszyć. Bezskutecznie. Mimo że na moich dłoniach nie spoczywał żaden sznur, ani krępujący ruchy łańcuch, palący ból w nadgarstku nie ustępował, zadziwiając jeszcze bardziej niewidzialnym naporem. Opuściłem powieki, starając się wsłuchać w rozmowę dwóch istot.

-Zaniesiemy go do Bubaka. Tam dopiero pomyślimy, co dalej.
Drugi zarechotał, dając do zrozumienia aprobatę jego propozycji. Cholera, w co ja się wpakowałem?
-Nie, lepiej to będzie jak go damy srottom na pożarcie. Pamiętasz jak tamtych w czerwonych spodniach pogryzły? Krew im nawet spodnie bardziej zabarwiła!
Szczyt intelektu.
-Zapomniałeś po co tu jesteśmy. Mamy odzyskać hniki.
-Znowu hniki? Dwa hlooki temu też były hniki.
-Ty dostaniesz srotta.
-Srotta! – drugi, widocznie mniej inteligentny, zawtórował mu przeciągłym wrzaskiem.
Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Kim są ci, którzy trzymają mnie na tym stole?
-Dobra, to postanowione. Budź go, a ja przygotuję mu jakąś bryczkę.
-Tylko nie to co trzy hlooki temu! Tamten już nam się na nic nie przydał.
Poczułem zimny dotyk jednego z nich. Otworzyłem oczy, by zobaczyć jego twarz.
Nie spodziewałem się takiego widoku. Widywałem już paskudne gnomy, i właśnie osobnika tego pokroju w tym miejscu oczekiwałem. Moja pomyłka była ogromna.
Jego pociągła twarz przypominała tę ludzką, ale nieziemsko piękne rysy nie pozwalały na taką ocenę sytuacji. Odcień cery był koloru szczerego złota, oślepiając połyskiem, mimo że otoczenie ogarniała ciemność. Całość dopełniały piękne, głębokie, zielone oczy, urokliwe i pozbawione powiek.
-Musimy zdążyć przed końcem tego siedmiodnia. Bubak nie ma już wiele czasu. – piękno pierwszego wrażenia niszczył głos, chrapliwy i wysoki, przypominający odgłos ostrzenia ostrza.
Pstryknął siedmioma palcami, tyloma, ile miał u każdej ręki. Magiczne okowy zniknęły. Mogłem się swobodnie poruszać.
-Gdzie ja… jestem? – postanowiłem udawać zmęczonego, obolałego i rozkojarzonego. Bądź co bądź, mogłem się czegoś od nich dowiedzieć.
Piękna istota machnęła dłonią w powietrzu, a efekt tej czynności boleśnie odczułem na twarzy. Nieświadomość to duży błąd.
-Widziałem, że oddychasz. Widziałem, że nie śpisz. Nie psuj nam tego, a my może nie zepsujemy ciebie.
Tajemniczość zawsze mi imponowała.
-Ale gdzie ja jestem? Co chcecie ze mną zrobić? – nie dawałem za wygraną, bezczynność nie wydawała się odpowiednia w tej sytuacji.
Ten Pierwszy westchnął.
-Ja jestem Mubak, a ten tu to Jubak. Jesteś w krainie Kubak, która od zawsze znajdowała się pod powierzchnią waszego świata.
Prychnął pogardliwie na to stwierdzenie, ten drugi, mniej kulturalny, splunął na ziemię obficie.
-Zamierzamy cię zabrać do naszego władcy, Tego Który Ma Włosy.
Dopiero teraz zauważyłem, że Mubak nie posiada owłosienia. Skończyłem pytania o tę krainę.
-Jak się tu znalazłem? Czuję się… dziwnie.
Mistrz wyrażania uczuć.
-Pałką w łeb i jesteś Kubak! To nasze motto! – Jubak zarechotał głośno i popatrzył na Mubaka.
Kulturalna istota westchnęła raz jeszcze i zwróciła się do mnie.
-Mój towarzysz ma częściowo rację. Co trzy hlooki otwieramy wejście do naszej krainy, by odszukać istotę, która pomoże nam odzyskać to, co utraciliśmy.
-Utraciliście?
-Tak. To wasza wina. Gdy skłoniliście bogów do odejścia, odwrócili się oni też od nas. Kubak opustoszał, a my straciliśmy Hniki.
Czułem się naprawdę dziwnie.
-Odeszli? Hniki?
-Straciliśmy włosy, jak wy to mówicie. Nasza kraina opustoszała, ponieważ bogowie zabrali wielu naszych braci.
Zauważyłem, że niewidzialne pole magiczne, które mnie otaczało, nie pozwalało mi wyjść z wozu. Całe otoczenie spowijała widmowa poświata, a gdzie okiem sięgnąć leżały góry i skały. W oddali widać było wiele budowli, podobnych do tej, przez którą się tu znalazłem.
-Co mają włosy do tego co… straciliście? – nadal czułem się dziwnie. Czułem się jak… jakbym na nowo spędzał pierwsze dni na wyspie.
-Uwierz mi, nie doceniacie tego, co macie. – prychnął patrząc na moje rzadkie owłosienie – Były one jedyną rzeczą, której utracenie nie mogło się równać z jakąkolwiek inna stratą. Bez nich nasze życie nie przypomina tego, które wiedliśmy jako najpotężniejsza cywilizacja w Kubak.
-A co zamierzacie ze mną… zrobić? – zapytałem niepewnie, spodziewając się najgorszego.
-Zobaczymy, czy twoje hniki zasługują na bycie przedłużeniem naszych. Czy pomożesz nam w naszej misji.
Robiło się coraz dziwniej.
Nie pytałem dalej. Ułożyłem sobie to w myślach.

Na myśl nasuwało mi się jedno: wpadłem w niezłe bagno. Po same cholerne uszy.

Dalej jechaliśmy w milczeniu. Wóz trząsł się co chwila, bowiem ścieżka była bardzo kamienista. Czułem się jak idiota, widząc dwie piękne istoty, prowadzące mnie za sobą niczym psa. Otworzyłem usta gotów do ziewnięcia, ale widok, który ukazał się mym oczom po przekroczeniu pagórka, nie pozwolił mi zawrzeć warg.

Wysokie mury, pnące się do góry, robiły ogromne wrażenie. Połyskujące metaliczną czernią, strzelały w stronę sklepienia milczące, niczym strażnicy stojący przed dawno już upadłą krainą. Wysokie na ponad 50 metrów otaczały gród, tworząc rodzaj okrągłej palisady. Wokół panowała cisza. Nikt nie wybiegł na powitanie dwóch istot, prowadzących za sobą tego, który miał ich ocalić.

Znaleźli się w cieniu wielkiego muru. Po kilku krokach, Mubak odezwał się:

-Niedługo będziesz miał zaszczyt spotkać Tego Który Ma Hniki. Jeżeli się nam przydasz, to kto wie… Może nie zabije cię po pierwszej rozmowie. Nie każdy ją przeżywa.
Cholera jasna.
-Mógłbyś mi to wytłumaczyć? – zebrałem się w sobie i wyrzuciłem z siebie to, co od jakiegoś już czasu dusiłem – Przechadzam się ścieżką,. Słyszę jakieś cholerne dudnienie, potem coś trzaska mnie po głowie…
-To ja byłem. – Jubak podniósł rękę
-Ktoś – poprawiłem się, nieco zmieszany – trzaska mnie po głowie, nagle budzę się na jakimś pieprzonym stole, obolały i obtarty, a wy… A wy mi mówicie, że mogę nie przeżyć? Co to kurczę jest?
Złotoskórzy niewzruszeni kroczyli dalej. Sięgnąłem do pasa, z wściekłością stwierdzając, że mojego sztyletu tam nie ma. Spuściłem głowę i ukryłem ją w dłoniach.



Bubak złączył palce i rozejrzał się po sali tronowej. Nie było tu obrazów, pozłacanych okien, ani klejnotów w gablotach. Całe pomieszczenie zostało ułożone ze srebrzystobiałych włosów, starannie zestawionych ze sobą i magicznie utrzymywanych w stałym, niezmiennym stanie. Z nieskazitelnie srebrzystej podłogi nie wystawał żaden niesforny kosmyk, całość została stworzona z chirurgiczną wręcz dokładnością. Pomimo tego, Bubak nie był zaspokojony. Codziennie wykładał salę kolejnymi Hnikami, żyjąc z nią i nią. Ubaki odwiedzający jego sanktuarium czuły się bezpieczniejsze, zapominając nad tym, co ciąży nad nimi każdego hlooka, każdego trzydnia… Władca czuł, że już niedługo poddani będą pozwalać na sztuczne podtrzymywanie ich spokoju. Zostanie wszczęty bunt, przez który umrze nie tylko ostatni władca Kubak. Umrze cała cywilizacja, niegdyś dumna i bogata, wyniszczona jednak przez ludzkich bogów. Bubak westchnął, przetarł swe błyszczące, czarne oczy i rozejrzał się po srebrzystych Hnikach otaczających go, czując ich oddech na całym swym ciele. Złota rewolucja.

Już niedługo.


Wlepiłem wzrok w bogato zdobione wrota, będące przejściem między ogromnym holem, a salą tronową. Wysokie pomieszczenie zwieńczone potężnym, wyłożonym mozaikami sklepieniem robiło wrażenie. Gwizdnąłem z podziwem. Złotoskórzy popatrzyli na mnie znacząco, po czym rozwarły się drzwi.

Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Srebrzysta sala jaśniała, na tle tej ciemnej, niegościnnej krainy. Całe pomieszczenie żyło jego centralną częścią, unoszącym się w powietrzu harmonijnym mechanizmem, zespolonym lśniącymi włóknami, wyrastającymi z każdego miejsca jego powierzchni. Z fascynującej istoty biło olśniewające piękno, zaślepiając i zmuszając do uznania dla tej niezwykłej istoty.

Hniki rozwarły się, płynnie odstępując od foremnej sylwetki, nie wskazującej na jakąkolwiek płeć, proporcjonalnie zespalając wszystkie jej elementy, tworząc idealną całość. Ukazały się błyszczące, czarne oczy, po czym Sala przemówiła.
-Czyżby kolejny zbawiciel? Od ilu już hlooków szukacie mesjasza? Jak dużo czasu zajmie śmierć naszego gatunku? Z jakiej racji ten śmiertelnik, plugawy pomiot ludzkich bogów może pomóc Nam?
Złotoskórzy pokręcili głowami, które nadal były spuszczone w oszczędnym ukłonie.
-Sprawdź, Bubaku. – nawet ich głosy brzmiały nieskazitelnie czysto w tym niezwykłym miejscu.
Władca wskazał dłonią w moją stronę. Być może w ogóle nią nie poruszył?
-Podejdź, nieznajomy. – zdanie wypowiedziane przez całą Salę przepełniło mnie radością
Nogi poniosły mnie w jej stronę.
-Interesujące.
Jej dotyk przelał we mnie nieskończoną ilość uczuć. Poczułem, jak przepełnia mnie przeświadczenie o potędze, odwadze, pięknie. Fala barw. Sztorm. Bezkresne morze.

To nie on.

Wybuch. Mrowienie. Pulsująca krew.

To nie on.

Błysk. Ogień. Światło.

-To nie on!
Usłyszałem rozpaczliwy okrzyk, ostatkiem sił podnosząc się z klęczek.
-To nie on! – Hniki zaczęły opadać. Sala niszczała.
Opadające włókna, drżenie i dudnienie.
Złota, siedmiopalczasta dłoń uchwyciła moje ramię.



-Udało się!
Podniosłem głowę. Dwie złotowłose istoty stały nade mną, układając swą twarz w rodzaj grymasu, przypominający uśmiech. Niezwykły uśmiech.
-Udało nam się.
Poczułem radość, po czym cały obraz załamał się.

W dłoni poczułem mrowienie. Podniosłem ją do góry. Leżał w niej kosmyk włosów. Kosmyk złocistych włosów, połyskujących w upalnym słońcu wyspy. Westchnąłem ciężko, czując nawrót melancholii.

„Sprawdzam każdą świątynię. Każde podziemia. Ufam, że kiedyś mi podziękujecie. A ja podziękuję wam.”




CloudyCoen[/quote]

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Moja własna książka fantasy.
PostNapisane: 02 lip 2011, 23:36 
Casual
Casual

Dołączył(a): 23 cze 2011, 10:28
Posty: 6
Hej przeczytajcie moja ksiazke fantasy.Napisałem opis świata ksiazki i prolog.Błagam napiszcie czy wam sie podoba czy nie wypiszcie mi błedy jakie zrobiłem itp.I zgadnijcie co było moją inspiracją.Jest to tylko początek.




http://www.speedyshare.com/files/292605 ... Magia.docx


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Moje literackie stworki - potworki (głównie fanfiki!)
PostNapisane: 03 sty 2012, 00:37 
Adept analogów
Adept analogów
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 maja 2011, 18:55
Posty: 242
Lokalizacja: To tu, to tam...
Gra w: Wiedźmina 2 na przykład.
Jak w tytule - dzielę się z wami swoją radosną, fanfikową twórczością, bo wnioskuję, że tak też można. Nie będę wrzucać tekstów w posty, tylko linki do nich, bo wrzucam na deviantArta bez jakiejkolwiek cenzury, a nie ukrywam, że jest to dla mnie o niebo wygodniejsze.
Na początek - pierwszy rozdział mojego TESowego fanfika, czyli ,,Epizodów Nieboskich". Historię mam w sumie gotową, tylko czasu na napisanie zbytnio nie ma. W dużym skrócie jest to historia Azareth - pewnej wyjątkowo pokręconej Daedry - i jej nie mniej niezwykłych towarzyszek - Freyi, Maruk Bernkastel i Bezimiennej, która sama na siebie mówi ,,Rei". W tle oczywiście Sheogorath, magowie, Mroczne Bractwo, wątek rodzeństwa, Ayleidzi, romanse, dramaty, krew, nekromancja i cały ten bajzel, który napędza Cyrodiil. Nie Tamriel - bo podróż Azareth ogranicza się do tej jednej prowincji. Na Skyrim przyjdzie czas. :D
Tak więc - EPIZODY NIEBOSKIE 0 ~REQUIEM DLA TORNADA~

Następnie - mój pierwszy i - i pewnie ostatni, bo, jak już wspominałam, czasu brak - wiedźmiński fanfik. Żadna tam epicka opowieść o wojnie, nienawiści i namiętnościach, boże uchowaj. Jest to spokojne, pozbawione erotyzmu, który mnie przerasta, romansidełko, traktujące o Iorwecie i Saskii - czy raczej, co się działo z Iorwethem i Saskią, kiedy Geralt usługiwał Henseltowi. Zawsze mnie to zastanawiało, więc sama sobie odpowiedziałam. I w ten oto sposób powstało Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde.

Next... Już coś, z czego jestem nieco mniej dumna, ale dalej to lubię, czyli fanfik do Pieśni Lodu i Ognia. Traktujący, notabene, o parze nieco... Kontrowersyjnej, bo o Sandorze i Sansie, którą to parę osobiście bardzo lubię itede itepe. Tu już odrobina erotyki się pojawiła, ale taki był wymóg historii. Jest też trochę rzucania mięsem, wzięty nie wiadomo skąd początek, którego i tak nie zmienię, bo mam sentyment do tego stylu, z którym już skończyłam i alternate universe, czyli kilka wydarzeń, które w oryginalnej serii nie miały miejsca, a tutaj - jak najbardziej. No i tak powstał Najwierniejszy z dworu.

No i tyle. Jak jest źle, to krzyczcie, jak nie powinnam tego tu wstawiać, to też krzyczcie, a jak w ogóle wszystko jest be, fu i w ogóle, to... To się drzyjcie. :D
I nie śmiejcie się z tego gówna w mojej galerii. Sama nie wiem, co w niej mam.

_________________
Do I really look like a guy with a plan? You know what I am? I’m a dog chasing cars. I wouldn’t know what to do with one if I caught it. You know, I just… do things.
Karta postaci Szkła w Oku - Proszę, poznaj Vier.
Szkodnik jestem. No.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moje literackie stworki - potworki (głównie fanfiki!)
PostNapisane: 05 cze 2012, 19:13 
Nałogowiec
Nałogowiec
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 01 gru 2011, 17:04
Posty: 1384
Lokalizacja: Equestria
Gra w: Minecraft, Mount&Blade Warband, Zanzarah, Heroes V, i za niedługo Divinity II
Czy jestem pierwszy, czy nie wolno tu komentować?
Fanfic TES - fajny, ale trochę go mało. (zbyt mało, by powiedzieć dokładniej) Będzie więcej?

Fanfic ala Martin. Fajny. Kilka fragmentów powalających:
"Tego dnia zwycięzcą został ser Loras Tyrell – młody. Piękny. Zdolny.
I pedał."
Bez komentarza.

Kilku fragmentów nie pamiętałem...
"Nim jednak Sandor dokończył, Loras złapał go za rękę i przyciągnął do siebie, przyklejając się do niego
w namiętnym pocałunku."
Tu również. (Taki ff też planujesz?)

Ale niektóre fragmenty mądre i życiowe.
"Debilizm przechodzi z władcy na władcę."

Mam jedno pytanie: Kiedy to było pisane w przeliczeniu na książki? Bo nie wiem czy nieścisłości specjalne, czy nie.

Wiedźmina nie przeczytam, bo za długi i nie moja działka, ale ogólnie podoba mi się twój styl i z chęcią poczytam więcej.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Szum Starego Vidu - Vorchowe Opowiadania Mass Effectowe.
PostNapisane: 20 sie 2012, 01:48 
Niedzielny gracz
Niedzielny gracz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 12 sie 2012, 19:02
Posty: 58
Lokalizacja: Gdzieś tam leżę.
Gra w: Dragon Age, Mass Effect, The Old Republic, Neverwinter Nights, Deus Ex: Human Revolution,
Wklejam tu kilka moich krótkich prac, związanych z uniwersum ME. Jedno jest całkiem świeże, napisane pod wpływem chwili.
Ostrzegam lojalnie, że prace zawierają SPOILERY z całej trylogii, więc nie polecam czytania komuś, kto jeszcze nie miał z nią do czynienia.
No - to tyle. ;-)

1. Przebudzenie


Ciężkie buty wzmacnianego pancerza typu N7 powoli uderzały o coś, co jeszcze przed kilkoma tygodniami można było nazwać chodnikiem spacerowym Cytadeli.
W tej chwili okolica bardziej przypominała ponure pobojowisko i jedynie błyskające w oddali elektroniczne reklamy wciąż podtrzymywały wrażenie tętniącego życiem serca galaktyki. Człowiek w pancerzu czułby się znacznie spokojniej, gdyby po drodze natrafiłby na jakieś zwłoki. Ich brak pozbawiał go jednak pewności siebie. Był jednak żołnierzem i wielokrotnie zdarzały mu się sytuacje, w których musiał być zdany na siebie. Sęk w tym, że po tylu latach człowiek może wyjść z wprawy.
Jego zmęczone, mętne oczy ostrożnie analizowały informacje podawane mu przez sensory po wewnętrznej stronie wizjera hełmu. Nie było to proste – szczególnie, gdy pot ograniczał jego pole widzenia. Co jakiś czas wydawało mu się, że dostrzega jakiś ruch – czy to pod stertą gruzu, czy pośród opustoszałych witryn sklepowych. Jednakże, kiedy tylko zwracał lufę swojego wysłużonego karabinu szturmowego w odpowiednim kierunku, przekonywał się tylko że to tylko przywidzenie. Na szczęście.
W duchu dziękował, że Cytadela wciąż posiadała zasilanie i nie był zmuszony do poruszania się bez światła i mieszanki gazów zdatnej do oddychania. To ułatwienie jednak było niepokojące jeśli wziąć pod uwagę, że cokolwiek zaatakowało stację nie potrzebowało wcale pozbawiać jej systemów obronnych.
Tak. Byłby znacznie spokojniejszy, gdyby natknął się chociaż na jednego trupa. Człowiek w pancerzu musiał przyznać, że to najbardziej sterylna strefa wojny, na jaką zdarzyło mu się natknąć. Jedynym dźwiękiem, który urozmaicał jego własny oddech i kroki było wyjątkowo znajome nagranie, pozdrawiające go ilekroć mijał po drodze pozostałości jakiegoś bardziej ekskluzywnego sklepu.
Nazywam się Komandor Shepard – wołał radośnie męski, odtwarzany głos – a to mój ulubiony sklep w Cytadeli!
Powtarzana w kółko wiadomość, odbijająca się echem po opustoszałych wnętrzach Cytadeli mogła z początku irytować, ale im dłużej Człowiek w pancerzu wędrował samotnie, tym bardziej wydawała mu się ona upiorna.

W końcu jego przemyślenia przerwała seria przerażających jęków. Nauczony wieloletnim doświadczeniem, błyskawicznie przyjął pozycję obronną i oddał kilka strzałów ostrzegawczych. Nie musiał długo czekać na efekty, wkrótce w jego kierunku zaczęła niezgrabnie sunąć grupa groteskowych istot, przypominających nieco chodzące zwłoki. To wystarczyło by pociągnął za spust, a wystrzelone przez niego wiązki energii prędko zmieniły napastników w dymiące, pokiereszowane szczątki. Samotny żołnierz prędko skręcił w lewo, w poszukiwaniu schronienia i niezwłocznie wtoczył się za ladę, która niegdyś służyła handlującemu tu Salarianinowi.

Nazywam się Komandor Shepard – odparła reklama, gdy jej czujniki wykryły potencjalnego klienta. Nie zdążyła jednak dokończyć przekazu, gdyż pojedynczy strzał zakończył żywot stacji zasilającej.
Człowiek w Pancerzu odetchnął cicho, powoli układając w myślach plan dalszego działania.
Zombie. Zmienili wszystkich w zombie, a to znaczyło samotną krucjatę przeciwko całej Cytadeli. Nie łudził się, żeby ktokolwiek poza nim mógł przeżyć. Jedyną opcją pozostawała ucieczka.
Musiał dostać się na statek – tak szybko jak się tylko dało.
Zerwał się na równe nogi i zaczął biec, próbując przypomnieć sobie dokładnie plan tego rejonu stacji. Za sobą słyszał już kolejne jęki i pomruki, oddał więc kilka strzałów, mając nadzieję że opóźni pogoń.

W pewnym momencie poczuł, że traci grunt pod nogami, a potężna fala uderzeniowa ciska nim o pobliską kolumnę.
Krew zalała mu oczy, zbierając się do pionu wypluł na ziemię kawałki wizjera, by dostrzec skąd nadchodził atak. Jego napastnik nadchodził od strony południowej, spokojnym, wojskowym krokiem. Podobnie jak on ubrany był w pancerz typu N7, ale samotny żołnierz mógł być pewien że istota, która zmierzała w jego stronę nie była już człowiekiem. Zewsząd sterczały dziwaczne, powykrzywiane rurki, a skóra wydawała się być bezbarwna. Próbował strzelić, ale zaledwie delikatny gest jego przeciwnika wyrwał mu broń z rąk. Następnie poczuł jak jego ciało się unosi, jak gdyby niesione wyjątkowo silnym podmuchem wiatru, a następnie szybuje w kierunku potwora, na wysokość oczu. Metalicznych, pozbawionych resztek człowieczeństwa lampek, które ze stoickim spokojem lustrowały przerażoną, ociekającą krwią twarz ofiary.
Samotny żołnierz poczuł mocarny uścisk na swojej piersi.
Widać było, że istotę bawi zaistniała sytuacja. Otwór, będący kiedyś ustami wykrzywił się dziwacznie, żałośnie parodiując ludzki uśmiech.

Niespodziewanie, ta pokrętna hybryda człowieka i maszyny przemówiła, a jej słowa rozległy się w całej stacji.

Nazywam się Komandor Shepard, a to mój ulubiony sklep w Cytadeli.

Wtedy właśnie Kapitan David Anderson się obudził.

Mężczyzna usiadł gwałtownie na łóżku i otarł nadgarstkiem przepocone czoło.
Powoli wracała do niego świadomość. Śpiąca obok Kahlee Sanders zachrapała cicho, co mimowolnie przywołało uśmiech ulgi na jego strapionej twarzy. Ciężko było mu stwierdzić, która właściwie jest godzina, ale nie obchodziło go to zbytnio. Pospiesznie założył spodnie i narzucił na siebie szlafrok, a potem udał się na taras. Potrzebne mu było świeże powietrze, a przynajmniej jakiś jego substytut. W dole widział migoczące światła Cytadeli – życie toczyło się tam nadal, a jej mieszkańcy zajmowali się swoimi sprawami. Anderson zaklął szpetnie pod nosem, gdy dotarły do niego dźwięki znienawidzonej reklamy, dobiegające z pawilonu handlowego, który sąsiadował z apartamentowcem, w którym wynajmowali pokój.

Po niedługim czasie na taras wkroczyła zaspana Kahlee, zasłaniając sobie usta by powstrzymać potężne ziewnięcie.

- Znowu nie możesz spać? - spytała, uwieszając się ramionami na jego szyi i cmokając go w policzek.
Anderson uśmiechnął się krzywo.

- Ta cholerna reklama budziła mnie przez całą noc. Przypomnij mi, że mam sprzedać Shepardowi kopa za to, że się na to zgodził.

Następnie odwzajemnił pocałunek. Póki co wszystko było w porządku.

Wiedział jednak, że gdzieś tam, w oddali czekali Żniwiarze, a jego sen...

… nie, nie warto psuć chwili.


Stłoczeni w Mrocznej Przestrzeni, jednostka przy jednostce, ciało przy ciele.
Śnili.
Zagłębieni w odmętach swych binarnych snów, cyfrowych myśli.
Czekali.
Byli nieuniknieni.
Poza cyklem.
Jak proces, który musiał się dopełnić.

Wielu filozofów galaktyki twierdziło, że wszechświat może być jedynie snem szalonego boga.
Inni zaś uważali, ów szalony bóg również może się okazać czyimś snem.

Być może nawet snem Żniwiarzy.
Złożonym z zer i jedynek, które tylko oni potrafili uporządkować.
Może właśnie na tym polegała ich rola.


2.Błysk


Kolonia Górnicza na planecie Yunaca,
System Bahak


Eldak Had'mesah był dzisiaj w wyjątkowo parszywym nastroju. Trudno było się zresztą dziwić, generalne kontrole placówki rzadko wiązały się z czymś dobrym. Szczególnie, że jej oficjalna działalność okryta była tajemnicą, a częste wizyty inwestorów poważnie narażały dyskrecję jakiej potrzebował do sensownego rozdysponowania jej zasobami. Był jednak patriotą i chyba tylko dlatego zgodził się zostać zarządcą tak ryzykownego projektu. W końcu nawet jego batariańska duma dawała dojść do głosu zdrowemu rozsądkowi, kiedy zaproponowano mu na nieoficjalną eksploatację zasobów naturalnych Yunaci. „Nieoficjalna” w tym wypadku oznaczała „bez pytania Rady Cytadeli o zgodę”. Eldak miał świadomość, że jeśli coś poszłoby nie tak, inwestorzy zdołali by bezpiecznie usunąć się na bok, obarczając go całą winą za przedsięwzięcie.
A jednak było to opłacalne.
Yunaca była szczęśliwie tak bogata w cenne metale, że prawie dwukrotnie zwracała koszta związane z trzymaniem istnienia placówki w tajemnicy.
Póki co, wszystko działało jak trzeba.
Aby zaoszczędzić na personelu, do prac wydobywczych wykorzystywano ludzkich niewolników oraz boty starszego typu. Niektórym „dwuookom” mogło się to wydać nieetyczne, ale Eldak głęboko wierzył, że kultywuje jedną z najświętszych, batariańskich tradycji. Zresztą większość „zatrudnianych” górników została zgarnięta z ulic zapadłych dziur takich jak Omega, by nikt specjalnie nie upominał się po ich zniknięciu. Cała ta afera z wybuchem zarazy i antyludzkimi nastrojami była nadzwyczaj korzystna dla tego procederu.
I mimo że rzekomo źródłem tego całego syfu były Vorche, Had'mesah wciąż nie czuł się przekonany co do wersji podawanej przez media. Chciał wierzyć, że to co spotkało jego rodaków było robotą cholernych ludzi.
Jakaś część jego umysłu miała jednak świadomość tego, iż jest to tylko pobożne życzenie.
Nawet ta przeklęta, ziemska kanalia miała w sobie wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, by rozegrać to lepiej.

Omiótł obiema parami oczu swój gabinet w poszukiwaniu szklanki, napełnionej wonnym alkoholem, który ostatnio namiętnie sprowadzał z Ilium, po czym sięgnął po nią by rozkoszować się delikatnym smakiem specjału.

Zastanawiał się, ile prawdy było w tym, co mówiły plotki.

O Żniwiarzach, wielkich maszynach czających się poza granicami galaktyki.
O Zbieraczach, będących ich narzędziami...

To mogły być efekty ludzkiej propagandy...

...gdyby nie fakt, że samo Przymierze stanowczo dementowało te pogłoski.
I jeszcze cudowne zmartwychwstanie Sheparda, który działał obecnie „nie-wiadomo-dla-kogo”.
Liczne źródła podawały Eldakowi sprzeczne informacje, a on coraz częściej łapał się na tym, że rozważa sytuację, w której Suweren faktycznie byłby potężną, obcą istotą. Zaledwie ułamkiem dużo potężniejszej armii.

Jeżeli nastąpiłby atak, gdzie byliby Batarianie?

Had'mesah uśmiechnął się ponuro.

Nawet jego patriotyzm nie był w stanie przyćmić zdrowego rozsądku.
Nie poradziliby sobie w pojedynkę.
Wystarczył jeden, by prawie rozgromić siły Cytadeli.
Przeciwko całej armii potrzebna byłaby znacznie większa siła ognia.

Spoglądał na swoje odbicie w tafli płynu.
W takiej sytuacji należałoby chyba odłożyć na bok dumę i stanąć ramię w ramię z resztą galaktyki.
Wszakże po przejściu takiej siły nie pozostałby nikt, kogo można by nienawidzić, a i status quo samych Batarian pozostałby wysoce niepewny.

Wzdrygnął się na samą myśl.
Na całe szczęście, pocieszył się w duchu, to tylko efekt odurzenia alkoholowego. Powinien chyba mocno ograniczyć procenty, bo wzmagały u niego jedynie niepotrzebną nerwowość.

Przypomniał sobie słowa byłej małżonki, gdy opuszczał ojczystą Khar'shan.

Jest w Tobie coś z cholernego sentymentalisty. Jeżeli tego nie zwalczysz, będą Tobą manipulować do końca.

Eldak wykrzywił się jeszcze bardziej i zbliżył się do okna, by poobserwować gwiazdy.
Cienka atmosfera Yunaci pozwalała obserwować ciała niebieskie przez cały dzień, co w wypadku
Had'Mesaha miało ogromne znaczenie.

Gwiazdy zawsze przynosiły mu ulgę.

W tej chwili spostrzegł na niebie nowy obiekt, jarzący się przyjemnym, błękitnym światłem.
Być może była to supernowa, która była dowodem tego że gdzieś daleko potężny, gazowy kolos dokonał swego żywota.

Był w tym jakiś niesamowity artyzm natury, który Eldak Had'Mesah podziwiał od dziecka.
Kiedy był jeszcze szkrabem, ojciec opowiadał mu, że po śmierci dusze batarian opuszczają ciała przez oczy i wędrują ku gwiazdom.
To właśnie czyniło ich lepszym od nędznych „dwuoków”, którym dana była jedynie ciemność i otchłań.

Co prawda Eldak nigdy nie uważał się za osobę specjalnie religijną, ale sama opowiastka wzbudzała w nim uczucie nostalgii.

I znowu ten cholerny sentyment.

Batarianin odchylił głowę do tyłu.

Najwyraźniej zaczynał się starzeć.

Na całe szczęście, eksploatacja Yunaci nie powinna trwać więcej niż kilka miesięcy.
Za zarobione pieniądze miał zamiar powrócić na Khar'shan i zająć się pośrednictwem handlowym.

Tak, to by było dużo mniej stresujące, niż użeranie się z bandą ludzkiego ścierwa i stałymi nalotami niecierpliwych inwestorów.

...a właśnie.

Przypomniał sobie, że niebawem jego płatnicy mieli się tu zjawić, a on znowu miałby się z nimi użerać, tłumacząc że całego procesu nie można już bardziej przyspieszyć.

Kiedyś zdarzyło mu się słyszeć o pozornie idiotycznym zwyczaju ziemskich dzieci, które spoglądając nocą na ziemskie niebo, wypatrywały meteorów, spalających się w atmosferze, nazywanych „spadającymi gwiazdami”. Rzekomo zobaczenie takiego obiektu miałoby spełni wybrane życzenie.

Nie było nic wyjątkowego w spadających kawałkach kosmicznej skały, ale supernowa...

...tak, supernowa mogłaby spełniać życzenia.
Byłoby to dość poetyckie.

Eldak uśmiechnął się gorzko.
Jego jedynym życzeniem byłoby zakończenie tej niewdzięcznej pracy i wstrzymanie kontaktów z inwestorami, którzy coraz bardziej działali mu na nerwy.

Były to jednak marzenia ściętej głowy.

Batarianin dopił swój napój, po czym odstawił szklankę na biurko.

Przez chwilę poczuł, że ogarnia go dziwny rodzaj ekscytacji.
Powoli sięgnął po swój podręczny datapad i rzucił ostatnie, ukradkowe spojrzenie na przepiękne zjawisko za oknem.

Wtedy właśnie życzenie się spełniło.

Błękitne światło zalało całą Mgławicę Żmiji.

Niewypowiedziany krzyk milionów istnień w systemie Bahak ugrzązł gdzieś, nim został wyartykułowany.

Nie zostało nic, a brak zwłok oznaczał że dusza nie była w stanie odnaleźć drogi do gwiazd przez oczy.

Eldaka Had'Mesaha ta myśl trafiła z zaskakująco otrzeźwiającą siłą.

Być może dlatego, że była ostatnią rzeczą, jaką stworzył jego umysł, nim rozpłynął się w międzygwiezdnej pustce.




Poniesiono ofiarę.


Przybycia jednak nikt nie był w stanie zatrzymać.

3. Oddaję Kontrolę



Nigdy nie był sam. Całą egzystencję wypełniały mu Głosy, które lepiej niż on wiedziały, co dokładnie powinien czynić. Nie czuł się szczególnie wykorzystywany, wciąż towarzyszyła mu świadomość tego, że to właśnie jest mu pisane. Miliony niezrozumiałych myśli, tysiące haseł
i informacji. Nie znał ich znaczenia, ale rozumiał, że istnieje jakiś ważny powód, dla którego przechowywane są w jego głowie. Powodzenie misji. Nieunikniony cykl. Proces.
Po to właśnie istniał, był narzędziem w rękach nieposkromionej siły, działającej zgodnie z odwiecznymi prawidłami wszechświata.

Spokojnie patrzył, jak jego żołnierze umierają. Byli tylko pustymi, biologicznymi workami, które służyły mu za przedłużenie kończyn. Dosłownie.

Czasami Głosy w głowie życzyły sobie, by patrzył na świat z ich perspektywy. Wspólnie wnikali wtedy do umysłów mięsa armatniego jego armii, by mieć lepszy ogląd na sprawę.
Nie było tam sprzeciwu, wątpliwości, czy zaskoczenia.
Zwykłe schematy zachowawcze, służące jedynie wykonaniu zadania.

Właściwie, jakby się tak zastanowić, to inicjatywę przejmowały Głosy, on jedynie wpuszczał je do środka. A jednak patrzyli wspólnie, dwiema parami żółtych ślepi.
Czuł także ból, kiedy umierali. Nic szczególnie doskwierającego – proste ostrzeżenie, mające za zadanie zwrócić uwagę na błędy w taktyce.

Na dłuższą metę nie rozumiał planów, jakie narzucały Głosy.
Podporządkowywał im się jednak bez sprzeciwu.
Nie można przerwać Cyklu.

Nie wiedział, czym jest Cykl.
Nie pytał.
Nie potrafił.

Głosy nie dawały mu czasu na refleksje. Wspólnie koordynowali przecież tak wiele rzeczy.
Razem. Zawsze.

Nigdy nie był sam.

Nie była mu znana nuda, zakłopotanie, czy brak zajęcia. Jego istnienie było perfekcyjne, skoordynowane, w pełni funkcjonalne. Wszystko miało swój powód i funkcję. Marnowanie czasu było mu obce.

Jesteśmy Zwiastunem Waszego Przeznaczenia.

Wydawało mu się, że to właśnie mówiły Głosy do istoty którą miał schwytać.

Shepard.

Istota będąca tak zupełnym przeciwieństwem wszystkiego, co sobą reprezentował...
Krnąbrnie opierająca się czemuś, co przecież jest nieuniknione.
Marnująca swój czas na walkę z wrogiem, którego nie da się pokonać
Niedoskonała i krucha...

A jednak Głosy chciały ją mieć żywą.

Pierwszy raz w okresie swojego istnienia poczuł lekkie zdziwienie.
A także coś innego, przelotnego.

Bo w końcu, po co głosom Shepard, jeżeli mają Jego?

Człowiek wcale nie był potrzebny.
Nie podporządkuje się.
Jest zbędny.

...

To było dziwne.
Przez chwilę odczuwał niechęć związaną z doprowadzeniem zadania do końca.
Pewnie drobny defekt. Nieznaczący.

Zresztą, już wkrótce cel zostanie osiągnięty.
Istota, którą chciały dostać głosy, ośmieliła się zaatakować jego Gniazdo.
Dla stworzenia takiego jak Shepard było to samobójstwo.
On zaś miał dopilnować, by uszkodzenia były minimalne.

Zniszczenie Statku odrobinę go poruszyło. Nikomu przedtem się to nie udało.
Może jednak w tym człowieku było coś godnego uwagi.
Niemniej jednak czekała go przegrana.

LARWA JEST ZAGROŻONA.

Te słowa niemalże wypaliły się w jego systemie nerwowym, zmuszając go do mobilizacji wszystkich sił zbrojnych, na jakie stać było Gniazdo.

Larwa była Ważna.

Nie wiedział z jakiego powodu.

I czemu Głosy poinstruowały go, by budował ją na podobieństwo ludzi.
Wykonywał tylko instrukcje.

W tej chwili musiał jednak jego uwaga skupiona była na toczącej się w sercu Gniazda walce.
Kolejni żołnierze padali pod naporem wroga, a Larwa w jakiś sposób nie była w stanie sobie poradzić.

To tylko człowiek.

Przegrywali.
Mimo tego, że wszystkie logiczne przesłanki zdawały się temu zaprzeczać.

Najeźdźcy zniszczyli dzieło, które budował.
Uśmiercili Larwę.

Niedługo potem rozpętało się piekło.

Czuł ból, już nie przelotne ostrzeżenie, ale przeszywającą agonię, która przepełniała go za każdym wstrząsem, jakiego doświadczało Gniazdo.

Miotał się bez ładu i składu, próbując znaleźć sposób, by je ocalić.

Człowieku, niczego nie zmieniłeś. Twój gatunek przyciągnął uwagę kogoś nieskończenie większego.

Słowa nie były skierowane do niego, Głosy wydawały się nie zdawać sprawy z jego nędznej sytuacji. W myślach wołał je, błagając o pomoc.

Ci, których znacie jako Żniwiarze, są waszym zbawieniem przez zniszczenie.

Świat dookoła wirował, rozpadając się w symfonii ognia i eksplozji. On zaś wciąż pozostawał ignorowany.

Jego chitynowe odnóża żałośnie majstrowały przy panelach kontrolnych Gniazda, usiłując znaleźć jakiś sposób na jego ocalenie. W końcu potężna fala uderzeniowa cisnęła nim o konsolę, przez co zupełnie stracił równowagę.

Sprawiasz nam zawód. - powiedziano mu. - Znajdziemy inny sposób.

Resztkami sił spróbował się dźwignąć, i spojrzeć na hologram, wyświetlający się teraz ponad jego obliczem.
W posępnej sylwetce Żniwiarza nie było nic, co mogłoby kiedykolwiek być zdolne do odczuwania współczucia.

Oddaję Kontrolę.

Cisza.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów słyszał tylko i wyłącznie swoje myśli. Nie było gotowych poleceń, instrukcji, celu.
A jednak odczuwał strach.

Porzucono go, a on nie wiedział co ma czynić.
Bezradnie omiótł wzrokiem rozpadające się pomieszczenie.

Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił.
Pozostał tylko żal.
Żal, przed którym nic go nie powstrzymywało.

Rozpamiętywał to nowe uczucie zaledwie kilka sekund, by zniknąć w potężnej eksplozji, która raz na zawsze zakończyła istnienie Gniazda.

Na szczęście samotność nie była mu dana na długo.

4. Epilog



"And if I'm up there in that bar and you're not, I'll be looking down. I'll always have your back."

Ta noc była wyjątkowo upalna. Wszelkiego rodzaju robactwo łopotało irytująco skrzydłami, kiedy odbijało się od przygaszonej lampy.
Mężczyzna rozwalony na łóżku miał ochotę po prostu wydobyć spod poduszki strzelbę i zakończyć żywot irytujących, małych stworzeń.
Nie był jednak jeszcze na tyle pijany, żeby rozbić w ten sposób kolejną lampę.
Cztery poprzednie stracił w podobny sposób. Sięgnął po butelkę whisky i chwiejnym krokiem wyszedł na ganek.
Niebo było rozgwieżdżone, a widoczność ograniczała jedynie łuna światła pochodząca z pobliskiej aglomeracji miejskiej. Niespiesznie, z pomocą futryny, zerwał z butelki kapsel i popił solidnego łyka.
W ostatnim czasie jego kubki smakowe były na tyle przepalone, że nawet nie zastanawiał się nad smakiem. Powoli opadł na leżak i skierował swoje zapuchnięte, przepite oczy ku niebu.
- Chyba trochę ostatnio przesadziłeś, stary. – mruknął do niego znajomy, wibrujący głos.
Mężczyzna poruszył się gwałtownie, unosząc nad siebie whisky niby to w geście obrony, ale szybko opanował się widząc
znajomą sylwetkę w ciemności.
- Uprzedzaj mnie nim… zdecydujesz się mnie odwiedzić… - zdołał wydusić z siebie.
- Wybacz. Następnym razem przyniosę czerwony dywan. Podobno wy, ludzie, lubicie takie sprawy. – odpowiedział rozmówca.
Tajemniczy gość okazał się być Turianinem. Bogaty strój wskazywał na całkiem dobrą sytuację finansową.
Bez zbędnych zaproszeń wkroczył do domu gospodarza, by po chwili wrócić z drugim leżakiem, który zaraz rozstawił na ganku.
Następnie rozsiadł się wygodnie i zwrócił się ku ludzkiemu mężczyźnie.
- Wyglądasz okropnie. I mówi Ci to gość, który dopiero po dziesięciu latach zdecydował się na zoperowanie blizn.
Człowiek pociągnął kolejnego łyka z butelki.
- Pasowały do Twojego paskudnego ryja… czemu w końcu zdecydowałeś się trochę przykalibrować…?
Na twarzy obcego pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Nie chciałem straszyć dzieciaków. Nie wiem co ją ostatnio napadło, ale próbuje mnie namówić, żebyśmy adoptowali trzecie…
Mężczyzna zaśmiał się słabo.
- Nie kłóć się z nią. To dobra dziewczyna… myślę, że powinieneś dać jej postawić na swoim. Jeśli mam być szczery mnie dzieciaki przerażają bardziej niż Twoje blizny... – gospodarz skrzywił się nieco. – Taki drobny uraz.
Turianin westchnął głośno.
- Wiesz jak głupio się czuje, kiedy muszę wszystkich okłamywać? Oni nadal nie pogodzili się z tym, że odszedłeś. Nadal uważają, że powinniśmy Cię szukać, a ja muszę zgrywać idiotę.
Człowiek machnął lekceważąco dłonią.
- Przejdzie im. – mruknął, po czym skierował swój wzrok ku gwiazdom. - Zresztą, nie chcę żeby mnie takiego oglądali…
Obcy pokręcił jedynie głową z niedowierzaniem i wręczył ludzkiemu mężczyźnie owiniętą w papier książkę.
- A więc jednak Liara i Javik ją ukończyli… - na twarzy człowieka pojawił się lekki uśmiech.
- Taa. Jeszcze chwila, a będziemy mieli gromadkę czworookich, małych asari. – Turianin zaśmiał się cicho.
- To chyba nie działa w ten sposób. – odparł mężczyzna odkładając książkę na stolik. Co jakiś czas nerwowo spoglądał ku cylindrycznemu obiektowi, widocznemu na rozgwieżdżonym niebie. – Po jaką cholerę oni odbudowali to cholerstwo?
- Widocznie ktoś, kto mógłby im powiedzieć o kosmicznym dzieciaku zginął tragicznie podczas eksplozji i nie mógł przekazać żadnych informacji.
Człowiek nie odpowiedział, pociągnął tylko kolejnego łyka z butelki.
- Zadbałem o to, żeby sprawdzili dokładnie każdy centymetr stacji. Nie znaleźliśmy żadnych śladów po SI, o której wspominałeś. Wydaje mi się stary, że musiałeś tam nieźle oberwać w głowę…
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie…? – mężczyzna czknął i zachwiał się na leżaku.
- Słuchaj, może i próbowałbym Ci uwierzyć, gdybyś chociaż spotkał się ze swoją załogą. Nie sądzisz, że już trochę za długo rozpaczają po twojej śmierci?
Człowiek wyprostował się raptownie. Zdawać by się mogło, że za chwile rzuci się na Turianina z pięściami. Po chwili jednak jego oddech uspokoił się.
- Nie mogłem spojrzeć w twarz Jeffowi. Nie po tym wszystkim. – odparł słabym głosem.
- To nie była twoja wina. Przerabiamy to za każdym razem, kiedy tu jestem… - obcy przewrócił oczami.
- Podjąłem decyzję za wszystkich, rozumiesz? A co jeżeli nie była słuszna, co jeżeli zamiast pomóc wszystko spieprzyłem…?
Turianin spoliczkował człowieka brzegiem szponiastej łapy.
- Weź się w garść, do cholery. Było – minęło. Uratowałeś więcej istot, niż jakakolwiek inna osoba. Twojego nazwisko jest znane nawet Vorchom, a ty zamiast się z tego cieszyć, ukrywasz się tutaj i żyjesz jak menel. To nie jest ten dowódca, którego pamiętam. Kiedyś miałeś jaja i potrafiłeś zmusić nas żebyśmy poszli za Tobą w ogień, a teraz siedzisz na dupie i użalasz się nad sobą, jak przekwitająca samica Elkora.
Pijany człowiek patrzył teraz nieco przytomniej na swego dawnego przyjaciela. Z podkrążonych oczu sączyły się łzy.
- Wiesz co robię każdego wieczora? Siedzę tu ze strzelbą na kolanach i gapię się w niebo. Czekam, aż któryś przyleci.
- Nie przyleci. To już przeszłość. Wojna się skończyła. – Turianin westchnął i powstał z leżaka.
- …może. Ale wiesz… brakuje mi tego… - człowiek bełkotał, mamrocząc bardziej do siebie, niż do rozmówcy - wtedy… wtedy wszystko było prostsze. Wiedzieliśmy czego się od nas oczekuje. Nie mieliśmy szans, ale próbowaliśmy dokonać czegoś niemożliwego. Mieliśmy cel…
Obcy pokręcił tylko głową i odwrócił się plecami.
- Nie wiem, co oni Ci tam zrobili, ale póki sam nie będziesz chciał z tym walczyć, zawsze będziesz siedział na wojnie. I póki sam nie spróbujesz się z tym mierzyć, ja tu niewiele pomogę. Tę batalię musisz stoczyć samotnie komandorze.
Następnie w milczeniu opuścił ganek i prędko zniknął mężczyźnie z oczu.
Człowiek został sam z niedopitą butelką, robactwem wpadającym do domu i rozgwieżdżonym niebem.

Zanim ogarnęła go senność cały czas wypatrywał znajomego kształtu.

Kształtu, który kiedyś budził w nim lęk.

Teraz, po tych wszystkich latach miał nadzieję, że zobaczy go znowu.

W chwilach takich jak ta żałował, że wiele lat temu, kiedy przyszło mu dokonywać wyboru, po prostu nie strzelił do tego cholernego dzieciaka.

_________________
"Bardzo dobre użycie paraleli!" - Tomreck, 18.07. 2014

"I was born as I am, an outsider amongst my kind. Why? I do not know."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Konkurs literacki
PostNapisane: 18 wrz 2013, 16:21 
Pierwszy gamepad
Pierwszy gamepad
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 mar 2013, 13:37
Posty: 94
Gra w: RPGi, obecnie Risen
Witam,
jakiś czas temu na portalu chomikuj.pl został ogłoszony konkurs literacki. Zgłosiłem swoje opowiadanie; czas zgłoszeń już minął, a teraz nadeszła pora oceniania. Tutaj chciałbym poprosić osoby posiadające konto o przeczytanie i ewentualną ocenę mojego opowiadania pt. "Paznokcie".
Mam nadzieję, że temat nie narusza żadnego punktu regulaminu, to chyba nie podpada pod reklamę; przede wszystkim zależy mi jednak na tym, abyście wydali opinię o nim i opublikowali ją tu, na forum. Z góry dzięki.
Opowiadanie można przeczytać tu: http://chomikuj.pl/Misiaq8/Konkurs+Lite ... 935122.doc , lub wejść w ten link: http://chomikuj.pl/konkurs_literacki/zgloszenia i wpisać w wyszukiwarce frazę: "Paznokcie".
Pozdrawiam!


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Moja książka - co o niej sądzicie?
PostNapisane: 08 sty 2014, 20:34 
Pierwsza zarwana nocka
Pierwsza zarwana nocka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 02 lut 2012, 20:43
Posty: 519
Gra w: Większość gier :P
Hello everyone :)
Postanowiłem zamieścić kilkanaście pierwszych stron książki którą piszę, do waszej oceny by ewentualnie coś poprawić oraz posłuchać waszych opini.
Enjoy B)

Spoiler:

_________________
Niedo bórse ksupo wodu jetru dno ści zczy ta niem. NIEMOŻESZ PRZECZYTAĆ , SPRÓBUJ SYLABAMI


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Moja książka - co o niej sądzicie?
PostNapisane: 22 sty 2014, 16:51 
Casual
Casual

Dołączył(a): 21 lis 2013, 12:57
Posty: 4
Nie piszę książek ale sporo czytam i muszę stwierdzić, że masz talent do pisania :)


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Napisz wątekOdpowiedz Strona 1 z 2   [ Posty: 18 ]
Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  


Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Style by Daniel St. Jules